Fot. Farag Fuda

I CO DALEJ?

Epilog do książki „Nieobecna prawda”

FARAG FUDA

2022-05-12 09:00

Co ma zrobić zdesperowany czytelnik tej książki, jeśli nie zirytować się. Irytowanie się z powodu prawdy jest zresztą rzeczą szlachetną, o wiele lepszą od zachwycania się fałszem – a część tej irytacji  wynika z tego, o czym wspominaliśmy na początku. Chodzi mianowicie o to, że dusza pragnie czytać to, co chce, żeby zostało napisane i uwielbia słyszeć to, co pragnie, żeby jej mówiono, niezależnie od tego, jak się to ma do prawdy i rzeczywistości. A prawda jest taka, że islam w rozumieniu państwa był zaprzeczeniem islamu jako religii, a także ciężarem dla niego, ponieważ wedle tego, czego chciał Bóg, islam jest religią i wiarą, a nie wyrokiem i mieczem. W rzeczywistości, niezależnie od epoki, ludzie są tylko ludźmi – epoka „kalifów sprawiedliwych” nie różniła się pod tym względem od epoki Umajjadów, Abbasydów czy naszej współczesnej, a mówienie o krainie wiecznej szczęśliwości na ziemi to bicie piany i bezużyteczna blaga.

Okładka książki „Nieobecna prawda” | 1984

Być może czytelnik zdał sobie sprawę w toku wywodu, że w naszych rozważaniach historycznych zwróciliśmy się ku teraźniejszości, zainspirowani przyszłością. Pochylanie się nad tym, co nas przeraża i analizowanie tego, co nas niepokoi, wyczerpało nas. Nie wiem, czy czytelnik mi uwierzy, ale wielokrotnie powstrzymywałem się od zagłębiania się w niektóre sprawy, by uniknąć zgorszenia czy przesady.

Niewykluczone, że udało mi się zrównoważyć obie strony obrazu, który przedstawiano nam jako arkadię, a my ściagnęliśmy go z lekka na grunt rzeczywistości. I jest to gorzka rzeczywistość – niekiedy cieszy, często jednak zasmuca. Nie wiem, czy postąpiłem słusznie i czy nie powinienem był zrobić tego, co robi wielu, czyli zignorować blisko tysiącletnią historię rządów Umajjadów i Abbasydów, zatrzymując się jedynie nad dwoma latami, czyli okresem rządów Umara Abd al-Aziza, a z okresu „kalifów sprawiedliwych” wybrać to, co najbardziej eksytuje niedoświadczoną młodzież – pragnącą powrotu do czasów kalifatu i wzorowania się na nich – i popycha ją w kierunku prób destrukcji społeczeństwa.

Farag Fuda w młodości

Gdybyśmy jednak rozważyli cały okres tego panowania, bylibyśmy ostrożniejsi i moglibyśmy dojść do wielu wniosków. I być może dziękowalibyśmy Bogu za czasy, w których żyjemy. Nie po to, broń Boże, by ich atakować – gdyż są wywyższeni jako wielcy Towarzysze Proroka i fakihowie, lecz podeszlibyśmy do nich pod innym kątem – od strony politycznej i społecznej, i ocenili inną miarą, gdyż od tej strony i według tej miary są ludźmi, których wolno nam krytykować, podatnymi na błędy tak samo jak i my. Wystarczy, aby czytelnik zastanowił się nad okresem ich panowania, a będzie zdumiony tym, że przez trzydzieści lat trzech spośród czterech kolejnych kalifów zginęło od ostrza miecza lub sztyletu: jeden – co jest rzeczą przerażajacą – z rąk jeńca perskiego, inny – co równie przerażające – z rąk swoich ludzi, a jeszcze inny – rzecz nie mniej przerażająca – z rąk radykalnego muzułmanina. Ostatni kalif spędził końcowy okres swojego panowania daremnie usiłując sprawować rządy i bezskutecznie narzucać całemu państwu muzułmańskiemu swój autorytet. Skończyło się na tym, że został zamknięty w Al-Kufie, gdzie modlił się o lepszy lud i gorszego od siebie następcę.

I być może będziemy zirytowani, gdy odkryjemy, że ten krótki okres był wypełniony wielkimi wojnami domowymi – od nich się zaczął i na nich zakończył. Rozpoczęły go wojny o apostazję w epoce kalifa Abu Bakra, a ostatnie pięć lat upłynęło na serii wojen domowych, z których pierwszą była Bitwa Wielbłądzia pomiędzy Towarzyszami Proroka, następnie bitwa pod Siffin pomiędzy Alim i Muawijją, potem bitwa pod Nahrawan pomiędzy Alim i charydżytami oraz cała seria pomniejszych ciągłych wojen pomiędzy armiami Alego i charydżytów.

Stwierdziliśmy również, że rozpoczynały się one jako wojny religijne z inicjatywy kalifa i jego ludzi, a kończyły jako wojny kalifów, od których lud odwracał się w miarę ulegania dobrom tego świata. Dowodem na to są bogactwa, a także nagłe zbliżenie się do Muawiji i oddalenie od Alego. I jeśli z początku niektórzy ważyli wartość pysznego jedzenia na stole Muawiji w porównaniu z czystą prawdą na ustach Alego, to ostatecznie pyszne jedzenie odniosło niewątpliwe zwycięstwo, a prawda została całkowicie pokonana.

Tłum zgromadzony podczas debaty „Egipt – pomiędzy państwem religijnym a państwem świeckim”, która odbyła się w ramach Międzynarodowych Targów Książki w Kairze na krótko przed zamachem na życie F. Fudy | 1992

Zatem islam nie był czy nie jest postrzegany jako religia, ale jako państwo islamskie – jak każde inne państwo religijne w historii ludzkości. Nie dajcie się więc ogłupić słodkimi słówkami na początku, ponieważ tym, co naprawdę się liczy, jest zakończenie, a ono zawsze było gorzkie. A najbardziej gorzkie jest to, że historia niczego nas nie nauczyła i nie korzystamy z jej doświadczeń. I że niektórzy z godną pozazdroszczenia głupotą nawołują do jej powtarzania, tak jakby wymagano od nas jej znajomości tylko po to, byśmy przerabiali te same błędy.

A jeśli w ten sposób oceniamy epokę „kalifów sprawiedliwych”, to co dopiero nasza współczesna sytuacja – ludzi, którzy posmakowali terroryzmu z ich rąk. Nasze pokojowe społeczeństwo nie zaznało przypadków mordów politycznych innych niż te w wykonaniu ich nieustraszonych rycerzy, a krew niewinnych przelewana była tylko za sprawą ich walecznych bojowników. Nawet w ostatnich wyborach do związków studenckich nie rozumiano, że podnoszone są dziwne hasła, odzwierciedlające ich sposób myślenia, mianowicie: „Twój głos jest pociskiem”. Tak jakby nie odróżniali religii od pocisku, a islam kojarzył im się wyłącznie z przemocą i potępieniem. I jak gdyby nie dostrzegali w nim wszystkich aspektów wspaniałomyślności, światła i miłosierdzia, które my widzimy.

Być może czytelnik wyobraża sobie, że w niektórych fragmentach tej książki podżegam państwo przeciwko ekstremistom i popycham je do konfrontacji z nimi. Może uda mi się wyprowadzić go z błędu – nie chodzi o konfrontację z hipotetycznym ekstremizmem, ale o konfrontację z przemocą i zwalczanie terroryzmu. Może mi ktoś wskaże, w jaki sposób można przeciwstawić się przemocy pocałunkami, stawić czoła mieczom za pomocą uścisków i odpierać bomby ciepłymi słowami. Niech ci, którzy zaprzeczają, że to ekstremizm, spojrzą na najstarsze kraje świata praktykujące demokrację, by zobaczyć, jak zwalcza się przemoc w Irlandii, terroryzm Czerwonych Brygad we Włoszech czy grupę Baader-Meinhof w Niemczech Zachodnich.

Żaden z tych krajów nie zastanawiał się nad analizowaniem ich motywów i usprawiedliwaniem działań, jak robią to niektórzy tutaj, wyobrażając sobie, że jest to właściwie stanowisko, dopóki terroryści są wrogami ich śmiertelnego wroga, czyli państwa. Tymczasem gdyby się chwilę zastanowili, zdaliby sobie sprawę z tego, że ich celem nie jest państwo, ale system, którego wszyscy jesteśmy częścią, bezpieczeństwo, które staramy się osiągnąć i zachować, oraz szariat, który jest azylem.

Jeśli dżihadyści albo ich mocodawcy byliby ludźmi potrafiącymi prowadzić rozmowy, doradzałbym dialog z nimi, jeśli byliby dobroduszni, doradzałbym przyjazną debatę, a jeśli byliby negacjonistami, wzywałbym do walki z nimi na argumenty. Ale dopuszczając się mordestw wykroczyli poza ramy negowania, a uciekając się do rozwiązań siłowych wyszli poza logikę. Nieodzowne jest w tym wypadku konsekwentne kroczenie drogą demokracji, by nie posądzali nas o ograniczanie im przestrzeni. A także odpowiadanie na ich zarzuty logiką – by przyciągnąć tych spośród nich, którzy zachowali jeszcze w sercu resztki wspaniałomyślności – i wdrażanie litery prawa w celu powstrzymania przemocy, odsunięcia od ruchu społecznego osób ją stosujących i oddzielenia ich od umiarkowanych działaczy islamu politycznego, wśród których znaleźć można znakomitych profesorów, wybitnych uczonych, zdolnych mówców, ekspertów prawa, ludzi dobrych i szlachetnych, którzy nawet jeśli się z nami nie zgadzają, modlą się o nasze doskonalenie się w wierze – o co i my dla nich upraszamy – bez uznawania nas za niewiernych i tracenia przy tym odrobiny naszego szacunku.

Farag Fuda z dziećmi

Wierzą, że islam jest religią i państwem, i mają do tego prawo. My natomiast postrzegamy go wyłącznie jako religię, i my także mamy do tego prawo. Niektórzy z nich wierzą w działalność polityczną i ich prawem jest to, byśmy wspierali ich w ich roszczeniach i podnosili je głośno, domagając się dla nich areny publicznej. Ostatecznie wszyscy tkwimy w jednym szambie, ponieważ stosunek terrorystów wobec nich jest surowszy – są jeszcze brutalniej napominani, surowiej potępiani i gorzej oceniani. Gdyby mieli uczciwe intencje, moglibyśmy osiągnąć kompromis i spotkać się pośrodku drogi. Oni – dzięki światłym wysiłkom, doświadczeniom nabytym przez lata, akceptowaniu zachodzących zmian, docenianiu warunków, naśladowaniu kalifa Umara w jego religijnych uczynkach, wierze w jedność narodową i sprawiedliwość naszego prawa – a my dzięki rozumieniu, że demokracja może pomieścić zarówno nas, jak i ich. Oraz że przyszłość należy do nas wszystkich – bez wykluczania nikogo. Że Egipt jest cenniejszy niż licytowanie się o rzeczy nieistotne i pozory, zamiast dbania o sprawy zasadnicze. Że prawdziwy islam oznacza postęp, interes społeczny, podążanie za cywilizacją i zdobywanie wiedzy, że przestrzeń prywatności w odniesieniu do religii ciągle się poszerza, że narzucanie opinii innym jest niedopuszczalne, ustawodawstwo jest dla ludzi, a zasady prawa religijnego odnoszą się do Boga. I że dla islamu ważniejsze są cele, nie środki.

Na miejscu zbrodni

A także, że pierwsza epoka islamu nie powróci do nas, a my do niej – to niemożliwe. Że myślenie stoi przed takfirem (wykluczaniem ze wspólnoty wiernych), rozum przed tradycją, a wspaniałomyślność obejmuje wszystkich; że każdy zostanie nieuchronnie rozliczony w zaświatach, a nie na tym świecie. Że islam nie uznaje kapłaństwa, kleru czy świętych. I nikt nie jest nieomylny poza Wysłannikiem Boga – tylko on jest uświęcony, a islam nie reguluje kwestii ubioru ani tytułów, i nikt nie może twierdzić, że jest jego opiekunem, bo wszyscy jesteśmy muzułmanami i wszyscy jesteśmy opiekunami islamu. A także ojczyzny, całej ojczyzny. My wszyscy – muzułmanie i Koptowie – kochamy ją i walczymy o nią. Na ziemi i w niebie. Nie jesteśmy zdobywcami, a oni podbitymi – wszyscy jesteśmy obywatelami. Nie jesteśmy większością, a oni mniejszością – wszyscy jesteśmy Egipcjanami. Nie jesteśmy władcami, a oni rządzonymi – wszyscy jesteśmy tym i tym, wszyscy miłujemy tę ziemię i jesteśmy jej obrońcami, a przede wszystkim obrońcami jedności i spójności.

Pogrzeb Faraga Fudy | 1992

Wiem, że rozwodzę się nad tym zbyt długo i obawiam się, że mogłem zboczyć z tematu. Może więc podsumuję mój wywód i intencję całkowitego odrzucenia koncepcji łączenia polityki z religią, podkreślając konieczność rozdziału pomiędzy nimi. Moja argumentacja jest następująca:


Po pierwsze:

Dostarczenie dowodu należy do tego, kto wysuwa roszczenie. Jeśli wzywamy do rozdziału polityki od religii, nasza argumentacja jest w tym względzie oczywista na gruncie obecnego stanu rzeczy, i to do zwolenników ich łączenia należy wyjaśnienie nam, jak sobie to wyobrażają. Nieuniknione jest z ich strony sformułowanie pełnego programu politycznego, co w naszej ocenie będzie dla nich sprawą trudną, choć z łatwością uświadamiamy sobie tego powody, które szczegółowo przedstawiliśmy w tej książce.

 

Po drugie:

W dialogu politycznym kierujemy się logiką prawdy i fałszu, gdyż dotyczy on kwestii kontrowersyjnych – zarówno dobro, jak i zło, wydają się w nim względne. Odmawiamy prowadzenia dialogu politycznego w oparciu o zasady halal i haram, w których dobro i zło są absolutne, a konsekwencje różnicy zdań poważne – ponieważ są uznawane za kufr. Z drugiej strony konsekwencje zgody są również poważne, gdyż jest ona uznawana za halal tylko na podstawie ich opinii, nawet jeśli jest sprzeczna z logiką lub co więcej sama narusza prawo halal. To nic innego jak nieuprawnione staranie podejmowane w imię religii, podparte autorytetem władcy i wpierane przez władzę religijną w obszarze, który do niej nie należy.

Może wciąż mamy w pamięci praktyki An-Numajriego w Sudanie i błogosławieństwo naszych nobliwych uczonych w wierze dla tego, co robił, gdy był u władzy. I być może ich gorzka krytyka pod jego adresem i bezględne potępienie po odejściu od władzy są dla wszystkich zrozumiałe. Możemy jednak zastanowić się, nikogo nie obrażając: czy to było oszustwo i przebiegłość z ich strony? Bo jeśli tak, nie wierzmy już nigdy w ich słowa. Czy też może ignorancja? W tym wypadku nie wolno nam akceptować ich przywództwa.

A może to była pomyłka – każdy człowiek popełnia błędy, więc módlmy się o przebaczenie dla nich. Zbliżone stanowisko zajmowali w sprawie poprzedniego prezydenta i jego inicjatywy pokojowej, gdy część z nich wychwalała go pod niebiosa w oparciu o sunnę i Koran, inni zaś odsądzali od czci i wiary. Skonfundowali nas, a ściśle mówiąc wprawili w zdumienie i wywołali szereg pytań. Nie musimy daleko szukać – także w tej chwili mamy do czynienia z ciągłą wymianą zdań pomiędzy dwiema grupami, gdyż niektórzy z nich widzą w nim „niewiernego” a inni „świętego”. Podczas gdy my, ludzie – ich zdezorientowani zakładnicy – ze zdziwieniem obserwujemy ten dialog, który nie toczy się wokół różnicy zdań, lecz pomiędzy dobrem i złem, wiarą i niewiarą. To właśnie odrzucamy, odmawiając temu wpływania na nasze przekonania i wiarę w naszych sercach.

Dżafar an-Numajri | prezydent Sudanu (1969-85)

Po trzecie:

Fakty historyczne, o których wspomnieliśmy w tej książce, dostarczają przekonujących dowodów na konieczność rozdziału (pomiędzy religią i polityką) i niebezpieczeństwo wynikające z ich łączenia. A także naiwność osób nawołujących do powrotu kalifatu.


Po czwarte:

Jeśli wyjdziemy poza fakty historyczne i przejdziemy do praktyk istniejących reżimów wznoszących sztandar islamu i akceptujących koncepcję rządów w oparciu o niego, zobaczymy, że wszystkie one stanowią argument na rzecz rozdziału polityki i religii i nowy dowód na niebezpieczeństwo ich łączenia. Mamy ogromną nadzieję, że niektórzy z nich będą się na nie powoływać, byśmy mogli przeforsować nasz argument. Sądzimy jednak, że z wiadomych względów nikt tego nie uczyni.

Córki Faraga Fudy w żałobie

Po piąte:

Pozostaje ostatni i najważniejszy dowód, a mianowicie taki, że rozdział jest jedynym sposobem zachowania jedności narodowej, a łączenie to pewny sposób na zburzenie jej solidnego gmachu. Na nic się nie zdadzą napuszone mowy i żonglowanie wyrywkami z historii na potwierdzenie wspaniałomyślności i tolerancji w traktowaniu ludzi „zimmi”. Treść tej książki dowodzi po wielokroć czegoś zupełnie przeciwnego, od czego cierpnie skóra.

Wierzymy, że islam osiągnął szczyt swojej wspaniałomyślności w traktowaniu Ludu Księgi, a nawet niewiernych. Ale Koran nie komentuje się samoczynnie, tak jak i islam nie jest wdrażany sam przez się, lecz realizuje się poprzez muzułmanów. I to oni mu zaszkodzili. Nie ma potrzeby rozdrapywania ran, wzniecania fanatyzmów czy kłótni – powinniśmy w zamian podkreślać pozytywy, jednoczyć i konsolidować.

Nagib Mahfuz podczas uroczystości żałobnych

Mój Boże, jakże popsuła się atmosfera i jak bardzo potrzebujemy powrotu do poprzedniego stanu. Pozwólcie, że opowiem Wam historię, która wyciska łzy i chwyta mnie za serce za każdym razem, gdy ją wspominam. Jest to historia, która wydarzyła się kilka lat temu w dniu uroczystości pogrzebowych Arjana Sada, egipskiego Kopta, który zgłosił się na ochotnika, by dokonać zamachu na Jusufa Wahbę, koptyjskiego premiera Egiptu (w okresie rewolucji 1919 r.). Premier objął urząd w sytuacji, gdy wszyscy patrioci wycofali się, chcąc uniknąć ewentualnego zamachu z rąk muzułmanina i wybuchu konfliktów religijnych na tym tle (przyznanie stanowiska premiera chrześcijaniowi było intrygą ze strony Brytyjczyków mającą sprowokować zamach i zaszkodzić sprawie narodowej, przyp. tłum.). Jusuf Wahba przeżył, a Arjan Sad trafił do więzienia. Gdy w chwili pogrzebu rozdzwonił się dzwon kościelny, traf chciał, że w tym samym momencie rozległo się wezwanie do modlitwy z pobliskiego minaretu, na co wszyscy zgromadzeni wybuchnęli płaczem, odbierając to jako ostatnie pożegnanie Arjana.

Arjan Jusuf Sad

Zapłaczmy razem z tymi wspaniałymi ludźmi nad wielkim symbolem, który pożegnaliśmy, dziedzictwem, które utraciliśmy i historią, o której zapomnieliśmy.

Przysięgam Ci, Arjanie, że azan i dzwon na zawsze pozostaną na tej ziemi splecione w uścisku, bo każde z nich oddaje cześć Bogu i jest wyrazem umiłowania Ojczyzny. A Egipt, Arjanie, zachowa swój majestat, tak jak Ty tego chciałeś i jak my tego chcemy. I pozostanie odporny na wszelkie podziały i schizmy.

Rozumni Egipcjanie, kiedy wreszcie znajdziemy wspólny język?


Kair 1984 r.


BIBLIOTEKA POLSK0-ARABSKA