Fot. J.H. Breasted w Abu Simbel, 1906 | Wikipedia

ŚWIT SUMIENIA

Rozwój religii i myśli w starożytnym Egipcie

JAMES HENRY BREASTED

2022-03-29 09:00

Uważamy, że cywilizacja nasza już osiągnęła zenit, a tymczasem znajduje się ledwie w punkcie, gdy kogut pieje i wstaje jutrzenka. W naszym barbarzyńskim społeczeństwie znaczenie charakteru jest w powijakach[1].

Emerson, Polityka

 

Stateczny jest człowiek, którego zasadą jest sprawiedliwość, który kroczy po jej drodze.

Wielki wezyr Ptahhotep z Memfis, 2700 p.n.e.

 

Milsza jest cnota człowieka prawego niż wół tego, kto czyni nieprawość.

Rada skierowana do księcia Merikare przez jego ojca, nieznanego faraona Herakleopolis, 2300  p.n.e.

 

Sprawiedliwość jest wieczna. Zstępuje do grobu z razem tym, kto się nią kieruje. Jego imię nie zostanie starte z powierzchni ziemi, lecz to z jej powodu będzie zapamiętany.

Z opowieści elokwentnego fellaha z Herakleopolis, 2300 p.n.e.

 

Cnota człowieka jest jego pomnikiem, człowiek o złej reputacji będzie zapomniany.

Z egipskiego grobowca, 2200 p.n.e.

 

Ludzie w jego czasach będą się radować, syn człowieczy utrwali swoje imię na wieki. Sprawiedliwość powróci na swoje miejsce, nieprawość zostanie odrzucona.

Neferti, egipski prorok, ok. 2000 p.n.e.

 

O Amonie, Słodka Studnio, gasząca pragnienie na pustyni, zamknięta dla tego, kto mówi, lecz otwarta dla milczącego. Gdy ten przychodzi, znajduje ją.

Staroegipski mędrzec, ok. 1000 p.n.e.

 

WSTĘP

 

Złowieszczym komunałem w życiu powojennego pokolenia stał się pogląd, że człowiek nigdy nie mógł powstrzymać się przed zastosowaniem swojej powiększającej się siły mechanicznej w celu zniszczenia własnego gatunku. Wojna światowa zademonstrowała przerażające możliwości tej destrukcyjnej mocy. Jedyną siłą będącą w stanie się temu z powodzeniem przeciwstawić jest ludzkie sumienie – coś, co młodsze pokolenie przyzwyczaiło się uważać za zestaw wyświechtanych skrupułów. Każdy wie, że ta niesamowita siła mechaniczna człowieka jest wynikiem długiej ewolucji. Ale nie jest powszechnie wiadomo, że ma to także zastosowanie do siły społecznej, którą nazywamy sumieniem – z tą istotną różnicą, że człowiek jako najstarszy znany wytwórca narzędzi konstruował niszczycielską broń prawdopodobnie przez miliony lat, podczas gdy sumienie jako siła społeczna pojawiło się mniej niż pięć tysięcy lat temu. Jeden z tych rozwojów znacznie wyprzedził drugi, gdyż jeden jest stary, a drugi ledwo się rozpoczął i wciąż ma przed sobą nieskończone możliwości. Czy nie jesteśmy w stanie podjąć się świadomie dalszego rozwijania nowo narodzonego sumienia, tak aby stało się ono manifestacją dobrej woli, wystarczająco silnej, by zdusić wciąż w nas drzemiącą dziką siłę? To zadanie z pewnością nie powinno być trudniejsze od tego, które zrealizowali nasi dzicy przodkowie: stworzenia sumienia w świecie, w którym ono nie istniało.

Rzeczą o najbardziej fundamentalnym znaczeniu w rozwoju człowieka były narodziny ideałów postępowania i pojawnienie się charakteru – przemiana człowieka, która rozpoczęła się, co można historycznie wykazać, dopiero przed momentem. W czasie, gdy młodsze pokolenie wyrzuca odziedziczoną moralność na śmietnik, wydaje się, że warto byłoby zrewidować starożytne wartości, których tak beztrosko się pozbywamy. Aby uzyskać jakąkolwiek adekwatną koncepcję wartości ideałów postępowania w życiu człowieka, musimy postarać się ukazać proces, dzięki któremu ludzie po raz pierwszy poznali charakter i docenili jego wartość.

Gdy spoglądamy wstecz na ludzkie początki, od razu odkrywamy, że człowiek rozpoczynał jako dziki bez moralności. Jak w ogóle zdobył jakiekolwiek zasady moralne czy też poddał się ostatecznie moralnemu mandatowi, gdy ten się pojawił? W jaki sposób pozbawiony wizji charakteru świat wzniósł się na wyżyny spoełcznego idealizmu i nauczył wsłuchiwać w jego głos? Jak to się w końcu stało, że wobec namacalnych zalet podbojów materialnych pojawiło się pierwsze pokolenie ludzi potrafiących rozpoznać niedostrzegalne wartości wewnętrzne? Dlaczego współcześni mężczyźni i kobiety nie powinni odrzucać jako przestarzałych standardów moralnych odziedziczonych z przeszłości, o których pochodzeniu nie mają żadnej wiedzy?

Starożytne dokumenty, które dostarczają odpowiedzi na te pytania i odsłaniają genezę naszych odziedziczonych ideałów, są przedstawione w tej książce wraz z tłumaczeniami opatrzonymi komentarzami, które je objaśniają. Ukazują one świt sumienia, powstanie najwcześniejszych ideałów postępowania i w ich rezultacie Wieku Charakteru – rozwój nie tylko niezwykle fascynujący do śledzenia go krok po kroku, ale będący także nową wizją nadziei w czasach takich jak nasze. Niektóre z tych starożytnych źródeł są zachwycająco malowniczymi orientalnymi opowieściami, przez które czytelnicy przebrną z łatwością i przyjemnością. Inne nie są tak łatwo przyswajalne i jeśli młody czytelnik – gdyż książka jest kierowana zwłaszcza do nowego pokolenia – ugrzęźnie w dość wymagającej treści i zechce porzucić lekturę, sugeruję, aby przeczytał przynajmniej Epilog, który umieszcza zaprezentowany w tej książce niezwykły rozwój człowieka, od barbarzyństwa do Wieku Charakteru, we właściwym miejscu i na odpowiednim tle.

Jak większość chłopaków spośród moich kolegów z dzieciństwa poznałem Dekalog. Nauczono mnie odnosić się do niego z szacunkiem, ponieważ, jak mnie zapewniano, został zesłany Mojżeszowi z Nieba i dlatego spoczywał na mnie święty obowiązek posłuszeństwa wobec niego. Pamiętam, że ilekroć kogoś okłamałem, znajdowałem pocieszenie w fakcie, że nie istniało przykazanie „Nie kłam” i że Dekalog zabraniał jedynie kłamstwa „fałszywego świadka” zeznającego w sądzie, gdy mogło to zaszkodzić bliźniemu. W późniejszych latach, gdy byłem dużo starszy, zaczął niepokoić mnie fakt, że kod moralny, który nie zabraniał kłamstwa, wydawał się niedoskonały; ale minęło dużo czasu, nim sformułowałem interesujące pytanie: „W jaki sposób uświadomiłem sobie tę niedoskonałość? Skąd wziąłem moralną miarę, na podstawie której odkryłem ten mankament Dekalogu?”. To doświadczenie było czarnym dniem dla mojego odziedziczonego szacunku wobec teologicznego dogmatu Objawienia. Przed sobą miałem bardziej niepokojące doświadczenia, gdy jako młody orientalista uzmysłowiłem sobie, że Egipcjanie posiadali standardy moralne znacznie przewyższające standardy Dekalogu na ponad tysiąc lat przed jego napisaniem.

Osobiste doświadczenia wygasają teraz, gdy patrzę na nie przez pryzmat ponad czterdziestu lat badań dążących do ustalenia, jakie dowody na to fundamentalne pytanie o pochodzenie moralności zachowały się wśród starożytnych zabytków w krajach orientalnych. W trakcie ich prowadzenia byłem coraz bardziej przekonany, że wyniki powinny być zrozumiałe dla każdego przeciętnego czytelnika, i że obecne pokolenia młodych ludzi, których tak jak mnie mogły niepokoić tego rodzaju fundamentalne pytania, powinny mieć możliwość ustalenia faktów. Od czasu do czasu przygotowywałem historyczne szkice na temat rozwoju wyższego życia wczesnego człowieka przed powstaniem cywilizowanej Europy, zwłaszcza rekapitulujące fakty odwołujące się do egipskich zabytków. W 1912 roku niektóre z tych wyników trafiły do prostego podręcznika do historii dla amerykańskich szkół. Bardziej dojrzała dyskusja na temat moralnego i religijnego rozwoju starożytnego człowieka została w tym samym roku przedstawiona studentom Union Theological Seminary w cyklu Morse Lectures[2], a następnie studentom Cornell University w trakcie wstępnego kursu tzw. Messenger Lectures pod auspicjami nowej fundacji do badań nad ewolucją założonej przez doktora Messengera. Pierwsze z tych dwóch cyklów wykładów, Morse Lectures, zostały opublikowane.

Wreszcie w Bryn Mawr College w ramach kursu wstępnego: Mary Flexner Lectures autor podjął się bardziej zaawansowanych badań całego tematu, które podobnie jak Messenger Lectures na Cornell University nie zostały nigdy opublikowane. Podstawowe wnioski wyciągnięte z tych wykładów i teksty niektórych z Morse Lectures zostały włączone do tej książki bez cudzysłowu. Za pomoc w redakcji wcześniejszych materiałów, kompliacji ilustracji oraz w przygotowaniu indeksu, korekty itp. jestem ogromnie wdzięczny dr Edith Williams Ware.

Już w 1912 roku w opublikowanych wówczas Morse Lecures autor wyraził przekonanie, że zbiór egipskich papirusów powstałych w epoce feudalnej ok. 2000 r. p.n.e. był czymś więcej niż efektownym dziełem literackim, przeciwnie do panujących wówczas od wielu lat opinii egiptologów. Zdaniem autora kompozycje zawierały wyraźne dowody na to, że są one traktatami społecznymi, najwcześniejszymi znanymi dyskusjami społecznymi spisanymi przez ich starożytnych autorów jako forma kampanii propagandowej w ramach najwcześniejszej krucjaty o sprawiedliwość społeczną. Ich autorzy byli zatem pierwszymi społecznymi prorokami. Ponad dwadzieścia lat dalszych rozważań na temat tych dokumentów potwierdziło tylko opinię autora. Zaakceptowanie społecznej interpretacji źródeł jest dla rozwoju cywilizacji egipskiej tym, co dawno temu zrobili społecznie oświeceni krytycy historyczni, tzw. „wyższa krytyka”, dla rozwoju cywilizacji hebrajskiej. Zrozumienie i zaakceptowanie społecznej rekonstrukcji i interpretacji rozwoju cywilizacji hebrajskiej zajęło krytykom historycznym bardzo dużo czasu.

Było tak również w przypadku intepretacji przez autora społecznego rozwoju religii i obyczajów starożytnych Egipcjan, zwłaszcza w oparciu o wspomniane papirusy z epoki feudalnej. Jednakże we Francji przyjęto ją przyjaźnie. Została zaakceptowana i wykorzystana przez nieodżałowanego przyjaciela autora, Georgesa Benedita z Luwru i Instytutu Francuskiego; jak również podjęta i opracowana przez Alexandra Moreta, następcę Maspero w College de France i Benedita w Instytucie. Nie ma wątpliwości, że społeczna interpretacja egipskich źródeł i społeczna rekonstrukcja egipskiej religii jako najstarszego znanego nam rozdziału w rozwoju moralności i społecznych ideałów znajdą powszechną akceptację, podobnie jak stało się to w przypadku interpretacji historii hebrajskiej.

Odkąd wyżej wymienione wykłady zostały wygłoszone, odkrycia nowych dokumentów, zwłaszcza w Egipcie, nie tylko znacznie zwiększyły naszą wiedzę, ale potwierdziły także społeczne znaczenie papirusów z epoki feudalnej. Najbardziej niesamowitym odkryciem był fakt, że Mądrość Amenemopeta zachowana na egipskim papirusie w Muzeum Brytyjskim, została przetłumaczona w starożytności na język hebrajski i krążąc po Palestynie, stała się źródłem całego ustępu Księgi Przysłów Starego Testamentu.

Ilu współczesnych duchownych poproszonych o wygłoszenie kazania przed jakimś zjazdem biznesmenów wybrałoby cytat z Księgi Przysłów: „Widzisz biegłego w swoim zawodzie? Będzie on stał przed obliczem królów”[3]. Jest mało prawdopodobne, aby którykolwiek z nich poprzedził swoje kazanie przedmową, że tekst został zaczerpnięty przez hebrajskiego redaktora Księgi Przysłów ze znacznie starszej egipskiej księgi mądrości moralnych. Odkrycie to nadało głębokiego znaczenia faktowi głoszącemu, że rozwój cywilizacji w krajach otaczających Palestynę był o kilka tysięcy lat wcześniejszy niż rozwój Hebrajczyków. Jest teraz czymś zupełnie oczywistym, że dojrzały rozwój społeczny i moralny ludzi w Dolinie Nilu, będący trzy tysiące lat starszy od rozwoju Hebrajczyków, przyczynił się zasadniczo do uformowania się literatury hebrajskiej, którą nazywamy Starym Testamentem. Stąd nasze dziedzictwo moralne wywodzi się z szerszej przeszłości ludzkości, o wiele starszej niż hebrajska, i dotarło do nas raczej poprzez  Hebrajczyków niż od nich. Rozwój człowieka do poziomu społecznego idealizmu miał miejsce na długo przed początkiem „wieku Objawienia” tradycyjnych teologów. Był on wynikiem jego społecznego doświadczenia i nie był projektowany do świata z zewnątrz.

Fakt, że moralne ideały wczesnych ludzi były wytworem ich własnych doświadczeń społecznych jest dziś jednym z zagadnień o najgłębszym znaczeniu dla ludzi myślących. Z prehistorycznego stanu dzikości w oparciu o własne doświadczenie człowiek wzniósł się na poziom wizji moralnej. Jest to doświadczenie, które przekształciło rozwijające się na naszym globie życie, ludzkie czy zwierzęce, z wyzutego z moralności wszechświata, jaki był nam znany, w świat wewnętrznych transcendetnych wartości – po raz pierwszy ich świadomy i po raz pierwszy wyczuwający istnienie moralności i dążący do jej osiągnięcia. Dzięki niemu człowiek odkrył nowy ląd, ale jeszcze go nie zbadał. Już samo odkrycie było nieporównywalnie trudniejszym osiągnięciem niż dalsza eksploracja. Odkrycie jest wydarzeniem niedawnym, więc i eksploracja dopiero się rozpoczęła. Jest ona procesem nieskończonym, który musi być kontynuowany przez nas – każde pokolenie.

Dlatego tym, czego nasze pokolenie potrzebuje bardziej niż czegokolwiek innego, jest zaufanie do człowieka. Wierzę, że historia rozwoju człowieka daje niezrównane podstawy do pełnego zaufania. Najwyższym osiągnięciem spośród wszystkich zdobyczy, które ten rozwój umożliwił, jest odkrycie charakteru. Nie projektowanego z zewnątrz do świata niegodnych ludzi w wyniku jakiegoś mistycznego procesu zwanego natchnieniem lub Objawieniem, ale wypływającego z życia człowieka na dwa tysiące lat przed początkiem „wieku Objawienia” teologów, rozświetlającego mroki społecznego chaosu i konfliktu wewnętrznego – chwalebne potwierdzenie wartości człowieka, początek Wieku Sumienia i Charakteru ogarniających świat. Żadna koncepcja Opatrzności Bożej, której światło promieniowało wyłącznie na Palestynę nie pozbawi człowieka odkrycia charakteru – korony chwały jego życia na ziemi. Jest to największe odkrycie w całym procesie ewolucyjnym, na tyle, na ile jest on nam znany.

Pozycja Hebrajczyków w tym rozwoju jest obecnie ustalona z historycznego punktu widzenia, a książka stara się ją naświetlić. W tym kontekście autor z pewnych powodów chciałby zwrócić uwagę na fakt swojego długoletniego zainteresowania hebraistyką. Przez lata wykładał on język hebrajski w ramach zajęć uniwersyteckich i miał wśród swoich studentów wielu przyszłych rabinów. Wśród nowoczesnych żydów ma natomiast wielu cenionych przyjaciół. Opinie zawarte w tej książce odnoszące się do historycznego miejsca cywilizacji hebrajskiej są oparte wyłącznie na roztropnym studiowaniu starożytnych dokumentów; ale w świecie, w którym uprzedzenia antysemickie są niestety nadal obecne, wydaje się, że należy oświadczyć, iż książka nie nosi śladu antysemickiego skrzywienia. Przeciwnie, zachwyt autora nad literaturą hebrajską zapoczątkowany w dzieciństwie zawsze sprawiał, że jego osąd był znacznie bardziej podatny na nastawienie przychylne niż jakiekolwiek inne. Starożytna cywilizacja Hebrajczyków była wielką manifestacją rozwoju ludzkiego życia – postępu człowieka w kierunku nowych wizji charakteru i społecznego idealizmu. Do nas należy teraz rozpoznanie większego ludzkiego procesu –  przekroczenia granic rasowych – procesu, w którym Hebrajczycy zajmowali miejsce pośrednie – i uchwycenie pełnego znaczenia faktu, iż człowiek wzniósł się na poziom wysokiej wizji moralnej na dwa tysiące lat przed narodzeniem się narodu hebrajskiego.

 

James Henry Breasted

Burro Mountain Homestead, New Mexico

28 czerwca, 1933

 

EPILOG

 

To, co z czego można wywieść wszystkie rzeczy, co formuje i przynosi wolność, kulturę, związki, rewolucje, to CHARAKTER. To jest kres natury, jej zwieńczenie.

Emerson, Polityka

 

Kocham historię, ponieważ pokazuje mi narodziny i postęp sprawiedliwości; i wydaje mi się tym piękniejsza, że widzę w niej ostateczny rozwój natury.

Hipolit Taine, Listy

 

I. NATURA I PRZYJAZNOŚĆ CZŁOWIEKA

 

Mówi się, że ktoś zadał kiedyś biologowi Haecklowi[4] następujące prowokacyjne pytanie: „Jeśli mógłbyś jakimś sposobem skierować pytanie do Wszechświata, mając pewność, że ci szczerze odpowie, o co byś go zapytał”. Haeckel pogrążył się na kilka chwil w myślach, a następnie odrzekł: „Pytanie, na które chciałbym najbardziej znać odpowiedź brzmi: czy Wszechświat jest przyjazny?”.

Oto pytanie istotnie głębokie i sugestywne. Rozwój etyki prześledzony na poprzednich stronach umożliwia nam przedyskutowanie pytania profesora Haeckla w świetle nowych faktów, z których pewne zostały ustalone bardzo niedawno i dlatego prawdopodobnie nie były mu znane, mimo iż są nieodzowne w tej dyskusji. Od dawna wiadomo, że zadanie historyka polega na przedstawianiu wniosków, wskazaniu, na ile to możliwe, podstawowych dokumentów, na których je oparł, po czym nie na moralizowaniu, ale uznaniu zadania za zakończone.

Jeśli czytenik wykazał się niezbędną cierpliwością, był w stanie przestudiować najważniejsze materiały dowodowe ukazujące pochodzenie i wczesną historię naszej odziedziczonej moralności przytoczoną w poprzednich rozdziałach. Poza dyskusją, jakiej te dowody wymagały, nie jestem upoważniony jako historyk do powiedzenia niczego więcej. Niemniej dogłębne znaczenie samych tych dowodów i wniosków z nich płynących stanowi pokusę do dodatkowych obserwacji spoza obszaru moich kompetencji. W ramach Epilogu, jeśli coś takiego istnieje, być może wolno jest mówić, co się komu podoba.

Wracając teraz do pytania profesora Haeckla, powiem z pewną dozą zuchwałości, że chciałbym go zapytać: skąd wytrzasnąłeś słowo „przyjazny”? Wydaje się bowiem, że profesor Haeckel przyjął słowo „przyjazny” za rzecz oczywistą, podobnie jak przyrodnik przyjmuje materię jako dany czynnik, z którego nikt go nie rozlicza.

Ale słowo „przyjazny” nie jest oczywistością. Już samo jego pojawienie się w pytaniu profesora Haeckla stanowi w rzeczywistości odpowiedź i powinien zostać poproszony o wyjaśnienie tego słowa. Gdyby profesor Haeckel nie odszedł dawno temu, ciekawie byłoby tę odpowiedź usłyszeć. Prawdopodobnie brzmiałaby ona mniej więcej tak: „Przecież jest to słowo znane we wszystkich językach nowożytnych cywilizacji”. Od dawna już jednak wiadomo, że język jest czymś znacznie więcej niż tylko narzędziem do wyrażania myśli. To narzędzie składające się z ludzkiego doświadczenia, które w pewnym stopniu, z historycznego punktu widzenia, jest zapisem jego doświadczenia we wszystkich jego wielostronnych aspektach: społecznym, przemysłowym, naukowym, mechanicznym, religijnym, artystycznym, moralnym, politycznym itd. Przechodząc na przykład do ważnego elementu naszego doświadczenia mechanicznego, stwierdzamy, iż słowa: „garaż”, „szofer”, „chassis”, „tonneau” (pol. skrzynia ładunkowa”) itp. tworzą małą grupę, która upowszechniła się w języku angielskim pokolenie temu. Pojawienie się i obce źródło tej niewielkiej grupy wyrazów będzie prawdopodobnie przez tysiące lat wskazywało na dwa fakty historyczne: po piewsze, fakt wprowadzenia samochodu pod koniec XIX wieku i po drugie, jego pochodzenie i najwcześniejsze powszechne zastosowanie jako praktycznego urządzenia we Francji.

Ciekawym przykładem z wcześniejszego życia ludzi jest słowo „byblos”, które pojawiło się w Europie być może już w 1000 roku p.n.e. i weszło do języka greckiego jako ”papirus”. Najwcześniejsze jego pojawienie się w języku greckim, prawdopodobnie kilka wieków przez 500 rokiem p.n.e., wskazuje na pierwsze zastosowanie papieru w Europie. Jego nie-grecka obca nazwa (od której pochodzi nasze słowo „Biblia”) jest niewątpliwym dowodem na to, że bezpośrednim źródłem najstarszego papieru w Europie było fenickie miasto Byblos na północnym wybrzeżu Syrii.

W ten oto sposób w częściach składowych języka odnajdujemy ukryte dowody na pojawianie się bardzo namacalnych ludzkich urządzeń: samochodu wprowadzonego do użytku w naszych czasach i papirusu sprowadzonego po raz pierwszy do Europy ponad 2500 lat temu. To, co ma zastosowanie w odniesieniu do dwóch słów oznaczających narzędzia użytkowe, jest oczywiście równie prawdziwe w odniesieniu do mniej namacalnych oznak postępu w życiu człowieka, gdy podźwignął się on ze stanu dzikości lub barbarzyństwa ku wartościom wewnętrznym, które doprowadziły do powstania słów takich jak: „przyjaciel”, „przyjazny”, „przyjazność”. A jeśli tak jest, czy profesor Haeckel zadając pytanie „czy Wszechświat jest przyjazny?” nie przeoczył znaczenia samego istnienia słowa „przyjazny”? Podczas naszych badań nad staroegipskimi inskrypcjami odkryliśmy w języku i historii pojawienie się i wczesny rozwój cech ludzkich, z którymi wiąże się to słowo.

Pewne jest, że gdyby profesor Haeckel brał udział w tej dyskusji, mógłby skutecznie zareagować być może za pomocą następującej repliki: „Jakim sposobem twoja historyczna argumentacja na temat słowa „przyjazny” miałaby stanowić odpowiedź na na moje pytanie?. Założywszy, że człowiek jako istota naturalna wyłonił się z rozwijającego się wszechświata i że ludzkie doświadczenie stworzyło „przyjazność”, ty mówisz o ludzkim doświadczeniu, podczas gdy ja zadałem pytanie dotyczące Wszechświata. Co ma wspólnego ludzkie doświadczenie z Wszechświatem?”.

Chociaż pomysł jest starszy niż Locke’a, wydaje się, że to jego przesłanki doprowadziły filozofów do wniosku, że człowiek jest częścią natury. Był to wniosek filozofów oparty naturalnie na przesłankach filozoficznych. Dziś badacze paleontologii i archeologii prehistorycznej są w stanie prześledzić proces kształtowania się człowieka w epokach geologicznych i zagadnienia świata przyrody. Przynajmniej od strony fizycznej człowiek jest więc w coraz większym stopniu ukazywany jako część natury. Najwcześniejsze zachowane pisemne dokumenty z jego przeszłości ukazują nam ponadto jego rozwój do poziomu etycznej świadomości.

Wydaje się, że fakt ten został w dziwny sposób przeoczony. Nie jesteśmy już dłużej zależni od filozofów, jak w czasach Goethego, by opierać się na wierze. Dokumenty starożytnego Bliskiego Wschodu potwierdzają ten fakt historycznie. Historia początków człowieka odkryta niedawno na podstawie badań nad starożytnym Bliskim Wschodem pokazuje dostatecznie wyraźnie, że to właśnie ludzke doświadczenie, nie w sensie filozoficznym, ale historycznym, jest najnowszym etapem w historii wszechświata. Ludzkie doświadczenie wynika zatem z doświadczenia wszechświata, na ile jesteśmy w stanie to dostrzec.

W historii postępu ludzkości, którą prześledziliśmy, uchwyciliśmy wątki rozwijającego się życia człowieka w momencie, w którym stał się on pierwszym – od co najmniej kilkuset tysięcy lat, jeśli nie miliona – znanym wytwórcą narzędzi. Na tym etapie jest on dziś uważany za wspólną własność paleontologów i geologów z jednej strony, a archeologów z drugiej. Badając tę odległą epokę, my humaniści, rozpychamy się łokciami z przyrodnikami – co jest doświadczeniem pomocnym nam obojgu.

Człowiek z początków epoki kamienia jest nadal przedmiotem badań przyrodników, nauka nie precyzuje momentu, w którym przestał być częścią rozwijającego się wszechświata. Chociaż będzie to związane z pewnymi powtórzeniami, rzućmy ponownie okiem na jego losy od tego okresu i zobaczmy, czy jesteśmy w stanie określić punkt, w którym przestał być jego częścią.

Udało nam się w tej książce, pomimo jej tempa, prześledzić życie najstarszych znanych przodków cywilizacji jako łowców z rozległych obszarów płaskowyżu Sahary – w odległych czasach, gdy te pustynne wyżyny wciąż były zielone i pokryte roślinnością. Paleontolodzy twierdzą, że prymitywni myśliwi przemierzający prehistoryczne lasy Sahary byli stworzeniami, które wyłoniły się z rozwijającego się życia we wszechświecie – że wciąż byli nieodłączną jego częścią. Obserwujemy, jak ten dalekosiężny płaszcz zieleni powoli zanika w całej Afryce Północnej w ciągu co najmniej stu tysięcy lat; widzimy, jak stopniowo znikają parki i lasy Sahary, podczas gdy opadające wody saharyjskiego jeziora wzdłuż Doliny Nilu, niczym przelewający się piasek w klepsydrze, odmierzają nam długie wieki, w ciągu których kurczące się opady w Afryce Północnej przekształcają stopniowo całą rozległą Saharę w bezwodne pustkowie ze skałami i piaskiem. Czy wtedy, gdy dzicy łowcy napłynęli do Doliny Nilu, zmuszeni tym samym do porzucenia pustynnego płaskowyżu, przestali być częścią rozwijającego się wszechświata?

Kiedy następnie zagrodzili wielkimi płotami dzikie stworzenia i udomowili bydło, owce, kozy i osły; kiedy nie tylko zaczęli jeść nasiona dzikich traw, ale także sadzić je i uprawiać jako jęczmień i pszenicę, i w konsekwencji wyrzekli się ostatecznie koczowniczego życia myśliwych i osiedlili w małych wioskach jako pasterze i gospodarze, czy przestali być częścią rozwijającego się wszechświata?

Kiedy te prehistoryczne wioski pasterzy i oraczy, rozrzucone na siedmiuset czy ośmiuset milach wzdłuż Nilu, zostały przekształcone w ciągu wielu tysięcy lat ewolucji społecznej w najwcześniejsze znane państwo złożone z kilku milionów ludzi, posiadające metal i pismo, kontrolowane przez wysoce zorganizowany rząd i wznoszące największe budowle, jakie powstały kiedykolwiek w starożytnym świecie – demonstrujące ogrom sił materialnych, którymi dysponowali – czy przestali być jakimś sposobem częścią rozwijającego się wszechświata?

Kiedy u zarania tzw. „historii” kilka wieków przez 3000 rokiem p.n.e., gdy rozpętał się ferment sił społecznych i napięcia najodleglejszej znanej epoki niepokojów społecznych, które nastąpiły ostatecznie przed rokiem 2000 p.n.e. jako najwcześniejsza krucjata o sprawiedliwość społeczną i usiłowanie zaprowadzenia nowej ery braterskiej dobroci i panowania „przyjazności” – czy należałoby wówczas oddzielić tych najwcześniejszcyh idealistów społecznych od poprzednich etapów rozwijającego się wszechświata?

Od tego zależy fundamentalna wartość wyników odkryć, które docierają do nas z warstw geologicznych i starożytnych miast i cmentarzy Orientu. Odkrycia te ukazują nam etap po etapie nową imponującą panoramę postępującego ludzkiego rozwoju. Na jego początku człowiek wyraźnie wyłania się z epok geologicznych i po kilkuset tysiącach lat wydźwiguje się z czysto materialnych zdobyczy do poziomu wizji braterskiej dobroci. Tam mamy do czynienia z człowiekiem jako istotą fizyczną w bestialskiej dzikości epok geologicznych, tu ze światem człowieka używającego słowa „przyjazny”, na temat którego profesor Haeckel skierował swoje przenikliwe pytanie do Wszechświata!

Tymczasem pomiędzy tymi dwoma etapami znajduje się łączący je etap rozwoju możliwy do wykazania jedynie w procesie ewolucji wczesnego życia wzdłuż Nilu. Patrząc na nią jako na wielkie laboratorium społeczne, w którym życie ludzkie sięga wstecz do odległych powolnych procesów, które ukształowały obecną powierzchnię globu, odkryliśmy, że Dolina Nilu jest wyjątkową areną umożliwiającą badanie zmagań ludzi związanych z rozwijającym się życiem, od pojawienia się człowieka fizycznego, poprzez wszystkie kolejne osiągnięcia jego ewolucji, do momentu, gdy widzimy go jako istotę rozumiejącą wizję ludzkiego braterstwa i przyjazności.

 

II. WIELKA PRZEMIANA I POWOLNY ROZWÓJ CZŁOWIEKA

 

Zatem zarzut profesora Haeckla (który możemy, być może niesłusznie, założyć) że ludzkie doświadczenie nie jest etapem rozwoju wszechświata, zostaje po raz pierwszy historycznie obalony we wczesnym Egipcie. Pospiesznie przyjrzeliśmy się kilku kamieniom milowym wyznaczającym długą drogę, jaką przebył człowiek od podboju świata materialnego do momentu niezwykłego odkrycia wartości wewnętrznych, zwycięstwa nad sobą i wizji społecznej odpowiedzialności. Dokumenty społeczne pozwoliły nam uświadomić sobie, że śledziliśmy proces, który nie tylko należy do historii wszechświata, ale jest ponadto najpotężniejszą przemianą w tej historii, na ile jest nam ona znana.

Owa przemiana jest w rzeczywistości przedmiotem tej książki, a wraz z nią najdonioślejszy fakt, że ta „wielka przemiana”, jak będziemy ją nazywać, jest wciąż niedokończona i dlatego nadal trwa. Staraliśmy się odsłonić jej genezę i prześledzić jej wczesną historię. Wprowadziła ona nie tylko do ludzkiego życia, ale także po raz pierwszy do wszechświata, jakim znał go człowiek, nowe pojęcia i słowa je oznaczające – pojęcia na określenie sił wykraczających poza procesy materii i przenoszące nas do świata ludzkich motywacji i jednostkowych i rasowych możliwości,  z których ludzkość dopiero teraz zaczyna mgliście zdawać sobie sprawę. Zwłaszcza początek wielkiej przemiany naznaczony jest nowymi ważnymi słowami. Słowo „przyjazny” profesora Haeckla jest tylko jednym z grupy takich słów, które pojawiły się po raz pierwszy, a więc niczym znaki drogowe kierowały człowieka na nową drogę, stając się dla nas pomnikami historii zapowiadającymi nadejście Wieku Charakteru.

Wspominaliśmy już o fakcie, że egipski traktat chirurgiczny napisany na początku trzeciego tysiąclecia p.n.e. zawiera najwcześniejszą wzmiankę słowa „mózg”. W tamtym czasie nie istniało oczywiście słowo na określenie „mózgu”, którym autor traktatu mógłby się posłużyć. Wykorzystał w tym celu zwykłe słowo oznaczające miękką, półpłynną, ciastowatą masę podobną do szpiku i, aby uniknąć nieporozumienia, dodał dopełniacz: „czaszki”. Jego nowy termin „masa czaszki” lub „szpik czaszki” funkcjonował więc w najwcześniejszej znanej nam dyskusji na ten temat na określenie mózgu.

Chirurg-anatom sprzed niemal pięciu tysięcy lat wiedział już, że mózg jest ośrodkiem świadomości i kontroli kończyn. Jego wiedza naukowa była jednak zbyt świeża, aby zastąpić dawniejsze przekonanie, że ośrodkiem inteligencji jest serce. Gdy bowiem pierwsi ludzie zdali sobie sprawę z funkcji ludzkiej inteligencji rozróżniania postępowania dobrego od złego, mimowolnie zastosowali do niej stare słowo „serce” na określenie dokonywanego przez nie moralnego rozróżnienia. W ten sposób nowa koncepcja, zdolność człowieka do moralnego różnicowania, czyli jego sumienie, została ostatecznie określona również słowem „serce”. Pod tą samą nazwą nowo narodzone pojęcie „sumienie” nie tylko rozpoczęło swoją historię jako siła społeczna, ale kontynuowało ją, jak widzieliśmy, przez tysiące lat aż po dzień dzisiejszy. Być może duchownych i innych współczesnych nauczycieli moralności zainteresuje fakt, że to nowe znaczenie, które stare słowo„serce” zyskało około pięć tysięcy lat temu, uczyniło z niego pomnik wielkiej przemiany, która jest przedmiotem naszych rozważań.

To właśnie ta nowa funkcja ludzkiej inteligencji umożliwiła odkrycie charakteru i interesujące będzie odnotowanie momentu, w którym słowo „charakter” pojawiło się w ludzkiej mowie po raz pierwszy. Zaczęło ono występować w epoce piramid i wcześnie stało się przedmiotem komentarzy. W mądrości Ptahhotepa mądry wezyr napomina swojego syna: „Cenna dla człowieka jest cnota jego syna, a dobry charakter jest rzeczą, którą się pamięta” (s. 137). Najwcześniejsze pojawienie się tego słowa odnotowujemy w XXVII wieku p.n.e. Następnie około pięciu wieków później w radzie skierowanej do Merikare faraon odnosi się do „Boga, który zna charakter” (s. 157). Już samo to słowo jest bardzo interesujące. Jego pierwotne znaczenie to: „kształtować, budować” i było stosowane wcześnie zwłaszcza w odniesieniu do pracy garncarza formującego gliniane naczynia na swoim kole. Pochodne znaczenie słowa „charakter” jest uderzająco analogiczne do naszego „charakteru” – słowa pochodzenia greckiego oznaczającego odcisk pieczęci wygrawerowany w glinie lub wosku albo odlew w metalu w procesie wybijania monety.

Zobaczyliśmy, jak nowe umiejętności ustanowione przez nowe słowa działały jako siły społeczne, wprowadzając nowy porządek, który dostrzegali również mędrcy moralności w Egipcie. Na jego określenie mieli termin „Maat” oznaczający „prawość, słuszność, sprawiedliwość, prawdę” i porządek moralny, w którym były one siłami kontrolującymi. To właśnie te terminy, wraz z „sumieniem” i „charakterem”, pojawiają się historycznie na inskrypcjach egipskich pomiędzy 3000 a 2000 rokiem p.n.e. i są dla nas pomnikami przemiany życia na naszej planecie.

W tej epokowej transformacji, która dokonała się po raz pierwszy na naszym globie i, o ile wiemy, po raz pierwszy we wszechświecie, Egipcjanie byli odkrywcami charakteru. Niezwykle ważne jest, aby współczesny świat zdał sobie sprawę, jak niedawne jest to odkrycie. Cywilizacja jest oparta na charakterze, a jego fundamenty są wciąż tak nowe, że nie powinniśmy czuć się zniechęceni, jeśli gmach nie wykazał się jeszcze stabilnością, jaką mamy nadzieję osiągnie. Miażdzące drwiny pana Menckena[5] są bez wątpienia często uzasadnione, a wielce oczywista potrzeba naprawy tej konstrukcji daje wiele okazji do zabawnych komentarzy na stronach „Punch and Life”. Podobnie jak sztuki Bernarda Shawa, który uważa komedianctwo za zajęcie zbyt łatwe lub pożyteczne, by mogło być zastąpione jakimkolwiek wysiłkiem poważnego potraktowania perypetii człowieka.

Nie brakuje bardziej bezinteresownych i zasadniczo ugruntowanych zarzutów głoszących, że budowla jest zniszczona i nie do odrestaurowania. Oswald Spengler ogłasza ostateczny upadek cywlizacji zachodniej. Nietrudno wykazać, że jego ponure jeremiady opierają się za zaskakującej nieznajomości faktów na temat rozwoju człowieka. Spengler obszernie korzysta z egipskiej cywilizacji. Gdyby był z nią dostatecznie zaznajomiony, nie znalazłby w niej oparcia dla swoich pesymistycznych wniosków. Dziwne jest, że istota, która wydźwignęła się ze zwierzęcej dzikości w ogóle rozpoczęła tę wielką przemianę i nie powinno nas martwić, że w swoim dalszym  rozwoju człowiek czasami chwiał się, a innnym razem tracił nawet bezwarunkowo grunt pod nogami.

Wszyscy poważnie myślący ludzie są silnie skonfundowani a niektórzy z nas całkowcie rozczarowani stanem współczesnego człowieka w dużej mierze zdominowanego przez destrukcyjną siłę, którą nauka i jego zaawansowana zdolność wytwarzania broni włożyła w jego ręce. Naukowcy przywiązują dużą wagę do faktu, że siła człowieka, zarówno twórcza, jak i destrukcyjna, rozwijała się przez tak niezmiernie długi czas, zwłaszcza od kiedy odkryto, że Człowiek Pekiński sprzed prawdopodobnie miliona lat nie tylko potrafił wykrzesać ogień – najwcześniejszy znany przykład stosowania ognia przez człowieka – ale także wykuwał broń z kamienia. W ten sposób pojawia się on jako najwcześniejsza znana istota ludzka zdolna do wytwarzania broni. Ale ani naukowcy, ani historycy w swoich ocenach obecnej sytuacji człowieka nie doceniają faktu, że pojawienie się sumienia jako siły społecznej jest wydarzeniem niedawnym, w rzeczywistości datowanym podobnie jak stopniowe wprowadzanie metalu, i że będąca jego rezultatem „Epoka Sumienia” ma zatem niewiele ponad cztery tysiące lat.

Życie człowieka, podobnie jak i inne procesy przyrodniczne, rozwija się powoli, a ukończenie wielkiej przemiany trwać może równie długo jak proces ewolucji człowieka. W ciągu kilkuset tysięcy lat, które dzielą Człowieka Pekińskiego od Neandertalczyka, ludzki mózg powiększył się o około 50 procent. W stosunkowo długim okresie od pojawienia się Neandertalczyka nasz mózg nie powiększył się wcale. Tempo rozwoju człowieka jest więc przerażająco wolne. Pełnia rozwoju wschodzącej dopiero etyki jest wciąż odległa, potrzeba nam dużo cierpliwości – cierpliwości tego, kto – jeśli to konieczne – nauczył się czekać w ciszy. Być może nie ma lepszego przykładu na powolny rozwój ludzkiej duszy niż następująca analogia pomiędzy myślą egipskiego mędrca sprzed trzech tysięcy lat i współczesnego powieściopisarza i myśliciela:

 

STAROEGIPSKI MĘDRZEC, ok. 1000 p.n.e.

O Amonie, Słodka Studnio, gasząca pragnienie na pustyni, zamknięta dla tego, kto mówi, lecz otwarta dla milczącego. Gdy ten przychodzi, znajduje ją. (Patrz wyżej, s. 318)

 

CHARLES MORGAN, Fontanna, 1932

A jednak nie był niespokojny; raczej wydawało się, że wszedł na najgłębszy dziedziniec samego spokoju, gdzie, niczym strumień z ziemi, tryskało źródło ducha.

 

Tego rodzaju refleksje nad duchem były oczywiście charakterystyczne dla starożytnego Wschodu, ale podobną analogię można zaobserwować w obszarze tematyki akcji i przygody:

 

EGIPSKI SINDBAD, ok. 2000 r. p.n.e.

Szczęśliwy jest ten, kto opowiada o swoich nieszczęciach, gdy już przeminęły.

 

WERGILIUSZ

Może kiedyś i tego słodka pamięć będzie.

 

A kiedy życie dobiegnie końca, czy to medytacyjne, czy pełne przygód i akcji, refleksje chwalącego śmierć Spensera będą jak echo naszego starożytnego egipskiego Hioba, którego określiliśmy mianem „Mizantropa” (s.168):

 

EGIPSKI HIOB
Śmierć jest dziś przede mną,

Jak powrót do zdrowia chorego człowieka

Jak wyjście do ogrodu

po chorobie.

Śmierć jest dziś przede mną

Jak bieg przypływu

Jak powrót człowieka

z galery do domu

 

SPENSER, Królowa Wieszczek (40 zwrotka, Pieśń IX, Księga I)

On cieszy się tam teraz wiecznym odpoczynkiem

Czy dobrze znosi się krótki ból,

który przynosi długie wytchnienie

I kładzie duszę do snu

cichy grób?

Sen po trudach, port po

niespokojnym morzu

Spokój po wojnie, śmierć po życiu,

sprawia wielką przyjemność.

– (Mowa Rozpaczy)

 

Takich stosunkowo niedawnych ech nie brakuje nawet na angielskich cmentarzach:

 

GROBOWIEC EGIPSKIEGO NOTABLA, ok. 2100 r. p.n.e.

Cnota człowieka jest jego pomnikiem,

człowiek o złej reputacji będzie zapomniany.

 

NABGROBEK ANGLIKA NA CMENTARZU KOŚCIOŁA BURFORD, OXFORDSHIRE, XVIII w.

Pochwały na kamieniu to fałszywie przybrane

Tytuły,

Dobre imię człowieka jest jego najlepszym

Pomnikiem.

 

Można by tu przytoczyć niezliczoną liczbę przykładów na dowód tego, jak, milenium po milenium, następują po sobie pokolenia, z których każde gromadzi własne doświadczenia i w niemałym stopniu powtarza i ponownie wyraża refleksyjne doświadczenia epok minionych.

 

III. WIELKA PRZEMIANA – WYRAZ LUDZKIEGO DOŚWIADCZENIA

 

Niezależnie od powolnego tempa gromadzenia się doświadczeń, jest niezwykle ważne, abyśmy uznali fakt historyczny, że ta wielka przemiana, o której mówiliśmy, była wytworem i wynikiem ludzkiego doświadczenia, że to ludzkie doświadczenie było siłą napędową rozwoju ludzkości od tamtego czasu i że to właśnie ono było i nadal jest jej największym nauczycielem. Wprowadzając 18. poprawkę obywatele Stanów Zjednoczonych przeprowadzili eksperyment, a doświadczenie społeczne udowodniło, że próba kontrolowania nawyków społecznych kończy się niepowodzeniem. Doświadczenie społeczne to nieubłagany nauczyciel. Żaden rozważny student literatury hebrajskiej, którą nazywamy Starym Testamentem, nie może nie odczuć jego mocy ani nie rozpoznać fundamentalnie ważnej roli, jaką odegrało ono w rozwoju cywilizacji zachodniej. Musimy jednak uznać fakt, że Stary Testament jako fragment starożytnej literatury hebrajskiej, jest również zapisem ludzkiego doświadczenia.

Połączyliśmy rozwinięte życie naszego współczesnego świata zachodniego z jego ostatecznym źródłem w życiu człowieka Starożytnego Wschodu na ponad dwa tysiące lat przed początkiem literatury hebrajskiej. W ten oto sposób odnaleźliśmy nie tylko źródło uczuć moralnych, ale także całe rozdziały historii społecznej – życia wielkiego narodu, które postępowało na przestrzeni trzech tysięcy lat, rozwijając najwcześniejszą pogłębioną wizję moralną i w rezultacie tego doświadczenia niosąc ze sobą dojrzałe przekonania wyrażone w pokaźnej literaturze. Zobaczyliśmy dodatkowo, że ten rozwój i tworzenie się literatury miały miejsce na wiele wieków przed początkiem tego, co dawni teologowie nazywali „wiekiem Objawienia” i wykazaliśmy jako fakt historyczny, że ta literatura nie tylko przetrwała do tak zwanego „wieku Objawienia”, ale miała także głęboki wpływ na moralny i religijny rozwój Hebrajczyków, od których przejęliśmy nasze największe dziedzictwo moralne.

Źródła naszej spuścizny moralnej sięgają daleko poza granice Palestyny i obejmują cały starożytny Bliski Wschód, zwłaszcza Egipt, gdzie powstała najwcześniejsza transcendentalna wizja społecznego idealizmu. Nigdy wcześniej nie byliśmy w stanie dostrzec większego źródła tego moralnego i idealistycznego idealizmu, ponieważ kanałem, przez który dotarł on do świata zachodniego była literatura hebrajska. Nie byliśmy też wcześniej świadomi złożonego, międzynarodowego pochodzenia tej literatury. Nieprzyjazna obecnie idea dyskryminującego Objawienia, które wyklucza wszystkie inne narody, ograniczając się tylko do jednego, zrodziła się w czasie, gdy cywilizacja zachodnia nie była zaznajomiona z historią powstania człowieka ani cywilizacji poprzedzającej Hebrajczyków. Powtarzamy zatem, że żadna taka koncepcja Objawienia ograniczającego się do jednego ludu nie mogłaby powstać, gdyby języki starożytnego Wschodu nie zostały stracone, a ich zapis nie był już dla nikogo czytelny, prowadząc do zaniknięcia moralnej i religijnej literatury wielkich cywilizacji starszych o kilka tysięcy lat niż Hebrajczycy.

Być może najcenniejszym wkładem wykopalisk archeologicznych jest ujawnienie społecznego i moralnego rozwoju starożytnych społeczeństw orientalnych na długo przed powstaniem literatury hebrajskiej. Bowiem właśnie to odkrycie współczesnej nauki ma znaczenie najgłębsze i najdalej idące. Pokazało nam, że jeśli chodzi o naszą podstawową spuściznę „moralną”, jesteśmy spadkobiercami „wczesnego życia człowieka jako całości”, zwłaszcza w jego rozwoju wokół wschodniego krańca Morza Śródziemnego. Oczywiście nie mamy tu na myśli nieocenionych naddatków, które narosły wokół tej spuścizny w rezultacie moralnej refleksji dokonanej przez starożytną i nowożytną Europę.

W moim odczuciu ta nowa i historycznie uzasadniona koncepcja dotycząca literatury hebrajskiej raczej wzmacnia niż umniejsza jej wartość, ukazując w rzeczywistości nową wizję szerszych źródeł wpływających na człowieka, które zostały tak głęboko wszczepione w samą istotę zachodniej cywlizacji. Wiele słyszy się o „nowym humanizmie”. Jego duszę odnajdziemy we współczesnych badaniach podłoża, na którym zakorzeniły się i wydały owoce najwcześniejsze moralne zarodki. Badania orientalistów pokazały, że ziemią, która wydała najpiękniejszy kwiat społecznego idealizmu, było ludzkie życie. Uznając więc, że wizja idealnego ludzkiego charakteru jest znacznie starsza niż „wiek Objawienia”, zyskaliśmy nową i szerszę podstawę naszej wiary w człowieka.

 

IV. NOWA PRZESZŁOŚĆ JAKO NOWY CZYNNIK KSZTAŁTUJĄCY MORALNOŚĆ

 

Lord Acton słusznie powiedział, że „obok odkrycia Nowego Świata, odzyskanie świata starożytnego jest drugim punktem zwrotnym, który oddziela nas od średniowiecza i oznacza przejście do współczesności”. W ocenie tego wybitnego historyka te dwie wielkie siły, które wyprowadziły ludzi ze średniowiecza do życia współczesnego były wizją zapatrzoną zarówno „do przodu”, jak i „wstecz”. Uchwyciła ona nie tylko nieograniczone możliwości przyszłości w Nowym Świecie po 1492 roku, lecz czerpała także najgłębszą inspirację z nowo odzyskanej przeszłości, o której dowiedzieli się oni z zachowanych pism i innych ważnych dzieł jej najwybitniejszych przedstawicieli.

Czym był „świat starożytny” – przeszłość, do której odnosił się Lord Acton?  Nie odsłonił on przed najwcześniejszymi ludźmi z epoki nowożytnej najmniejszego śladu wielkiej przemiany. Jedyną przeszłością znaną ludziom wywodzącym się ze średniowiecza była, jak wszyscy wiemy, historia biblijna, a następnie historia Grecji i Rzymu. Otóż proces odzyskiwania świata starożytnego, który rozpoczął się w początkach renesansu, nie zakończył się wraz z jego końcem, ale, jak widzieliśmy, trwał od tamtego czasu przez wszystkie wieki, przyspieszając kroku zwłaszcza w ostatnich dwóch pokoleniach. Słuchamy teraz nie tylko głosu Izajasza i Dawida, Sokratesa i Cycerona, jak to czynili ludzie epoki renesansu, lecz także głosów wielkich władców orientalnych w ich dumnych opowieściach o podboju Morza Śródziemnego, proroków Egiptu proklamujących złoty wiek sprawiedliwości społecznej, głosu Cheopsa (Chufu) opowiadającego za pomocą terminologii kolosalnej architektury z kamienia o triumfach pierwszego wielkiego zorganizowanego państwa, głosu najwcześniejszego wytapiacza metali podśpiewującego wśród brzęków swego prymitywnego kowadła pieśń o zbliżającym się podboju ziemi przez człowieka, głosu odległych i dawno zapomnianych pokoleń słyszanego teraz jedynie w przekazie coraz staranniej obrabianych narzędzi kamiennych, głosu epok geologicznych mamroczących w dzikich gardłach rodzącą się mowę ludzką, którą, jak nam się wydaje, słyszymy w prehistorycznych lasach, rozbrzmiewającą echem pierwszych dźwięków artykułowanych przez te ledwo dostrzegalne teraz stworzenia mające stać się wkrótce ludźmi.

Cofając się dziś poprzez eony w te historyczne i prehistoryczne głębie, widzimy i wsłuchujemy się w echa, które dochodzą do nas z perspektywy dziejów. Mając przed sobą taką wizję, Tennyson spojrzał w dół do kołyski swojego pierworodnego i powiedział: „Z głębin, moje dziecko”; i taka właśnie wizja Nowej Przeszłości, zaczynającej dopiero świtać w umysłach współczesnych ludzi, niesie wartości, które nie zostały dotąd wykazane. Kto ją naprawdę dostrzega, ten zaczął czytać chwalebną odyseję rodzaju ludzkiego, ukazującą nam powstającego z mroków wieczności człowieka, podążającego z podniesioną głową ku rozświetlonemu słońcem oceanowi czasu, by zdobyć niewypowiedziany skarb, światy, o których nawet nie śnił – przygodę wszechczasów.

Zastanawiam się czasami, czy jakakolwiek wizja rodząca się w ludzkiej duszy jako impuls przywodzący do autorefleksji w sztuce lub literaturze może być porównywalna z uświadomieniem sobie przez człowieka możliwości ukazanych w wielkiej przemianie ludzkiego życia, którą staraliśmy się prześledzić w tej książce.

Nie ma wątpliwości, że Emerson dzięki czystej intuicji dostrzegł to, co przedstawiliśmy jako możliwy do historycznego udowodnienia proces. W innym jednak wypadku, dusza ludzka nigdy nie dała mu wyrazu, być może z wyjątkiem muzyki. Kiedy słucham przerażającej mocy tematu otwierającego 5. Symfonię Beethovena, śledząc z kolei przejście do spokojnego triumfu wieńczącego ją gestu, mam wrażenie, że Beethoven, podobnie jak Emerson, dzięki szlachetnej intuicji swojej wzniosłej duszy musiał zdawać sobie sprawę z głębokiego i fundamentalnego faktu leżącego u podstaw ludzkiej nadziei – z wielkich możliwości charakteru wyłaniających się z głębi nieprzeniknionego wszechświata.

Patrząc wstecz na naszą przeszłość, ludzka przygoda jawi się jako niemająca żadnej wartości ani znaczenia, z wyjątkiem tego, gdy widzimy ją, jak imponująco wznosi się w kierunku wielkiej przemiany i odkrycia najwyższych ludzkich wartości Wieku Charakteru. To właśnie niekompletność wielkiej przemiany nadaje moralne znaczenie wizji długiej peregrynacji człowieka, nie poprzez asymilowanie rzeczywistej treści jakiejkolwiek starożytnej wiary, ale poprzez wizję wznoszącej się drogi, na której wyznania są jedynie drogowskazami pokazującymi nam kierunek, w jakim wiedzie. Łatwo bowiem pomylić się w rozumieniu wartości starożytnego orientalnego doświadczenia religii i moralności.

Jednym z najpowszechniejszych i najbardziej godnych pożałowania spektakli współczesnego życia, zwłaszcza w Ameryce i Anglii, jest oczarowana kobiecość kontemplująca wzniosłe prawdy i naiwnie sądząca, że są one przechowywane w jakiejś starożytnej orientalnej wierze, zapominająca o całych wiekach społecznych doświadczeń, które przyczyniły się do rozwoju i wzbogacenia wszystkich tych ocalałych religii o starożytnym pochodzeniu. Zignorowanie  późniejszych wieków uszlachetniającego je rozwoju i cofanie się do przejmowania jakiejś starożytnej wiary bez zmian w jej fazie zarodkowej jest tak samo rozsądne, jak gdyby spragniony człowiek szukający orzeźwienia w upalny dzień poszedł i położył się pod dębem, racząc się nasionami arbuza!

Mój przyjaciel James Harvey Robinson ostrzegał nas przed podporządkowywaniem się przeszłości w swojej głęboko sugestywnej książce The Mind in the Making; sądzę, że miał na myśli bezmyślne poddawanie się przeszłości. Kurs zdrowego postępu jest mądrze wyważonym środkiem pomiędzy lekcjami doświadczenia a nową wizją. Tym, co staram się osiągnąć w końcowych rozważaniach tej książki, jest przypomnienie czytelnikowi, że pozbawione przesądów studiowanie ludzkiego doświadczenia, zwłaszcza nowo odkrytego, jest często bodźcem i inspiracją dla nowej wizji.

Zastanówmy się nad kilkoma wyjątkowymi faktami, które zostały ujawnione w trakcie badania wczesnej historii moralności człowieka, które przez chwilą przeprowadziliśmy. Powtarzam: odkryliśmy po pierwsze, że rozwój moralny na naszej planecie jest procesem nieskończonym i jest to nasz największy powód do nadziei. Skutkiem tego dowiedzieliśmy się z kolei, że człowiek od strony moralnej jest nadal na etapie zabawy w żłobku pełnym najbardziej niebezpiecznych zabawek, z którymi nie nauczył się jeszcze obchodzić i którymi nieustannie wyrządza poważne szkody, nie tylko sobie, ale całemu otoczeniu, w  którym żyje. Najnowsza historia gospodarcza wskazuje, że infantylne ograniczenia człowieka nie sprowadzają się do moralności. Wreszcie, uznawszy naturę postępu moralnego, tak jak ukazała ją wczesna historia ludzkości, jako wytwór i konsekwencję doświadczenia społecznego, współczesny człowiek po raz pierwszy jest w stanie wyciągnąć rękę i podjąć świadomą współpracę z czynnikami nieodłącznymi dla jego położenia, wpływając na proces moralnego postępu i usprawniając go.

Profesor Thomas H. Morgan[6] wyjaśnił całkiem dobitnie, iż ewolucja fizyczna jest procesem, którego natura i prawa muszą zostać zbadane na drodze doświadczalnej. Jeśli rozwój społeczny jest rzeczą, którą mamy prawo nazywać „ewolucją”, to stosowanie eksperymentów jest oczywiście obarczone problemami. Takie laboratorium społeczne, jakim jest Egipt, rzuca jednak cenne światło na procesy wyższej ewolucji człowieka i sugeruje możliwość zaistnienia świata, w którym rząd i przywódcy, unikając kosztownego ustawodawstwa, dążyliby świadomie do rozwoju warunków sprzyjających oświeconemu postępowi moralnemu i wywieraniu bardziej efektywnych wpływów niż obecnie działające.

Jesteśmy pierwszym pokoleniem mężczyzn i kobiet, którzy są w stanie spojrzeć wstecz i przeanalizować całość ludzkiego życia w jego rozciągłości oraz prześledzić przebieg wielkiej przemiany do obecnego momentu jej zaawansowania. Nasze umysły jako pierwsze potrafią zdać sobie sprawę z tego, że pojawienie się sumienia i poczucia społecznej odpowiedzialności po 3000 roku p.n.e., które rozpoczęły tę wielką transformację, były wydarzeniami bardzo świeżymi.

Wyznaczają moment zbliżenia się naszego Praojca do granic Nowego Królestwa. Dzisiaj my, jego dzieci, ledwie przekroczyliśmy te granice, aby rozpocząć eksplorację. Wahając się, stoimy na jego obrzeżach, piękno i wysublimowanie jego odległych perspektyw są przed nami zasłonięte mgłą ludzkiej słabości lub zaciemnione duszącym dymem chciwości, egoizmu i Wojny Światowej. Oślepieni i przerażeni potykamy się i chwiejemy u jego podnóża, za którym, jeśli tylko podnieślibyśmy wzrok, ujrzelibyśmy wspaniałe przebłyski Gór Błogości[7]. W stronę ich wciąż niezdobytych szczytów wskazuje długi biegnący w górę szlak, odsłaniając, w miarę postępowania ewolucji człowieka od stanu dzikości do charakteru, niepokonaną żywotność ludzkiej duszy, która jakimś sposobem wydostała się z głębin i wzniosła na wyżyny.

Mówiąc „niepokonana żywotność ludzkiej duszy” nie posługuję się bezsensownym zwrotem retorycznym. Po raz pierwszy użyłem tych słów przed wielu laty w przemowie konwokacyjnej, po powrocie z podróży przez pogrzebane miasta Starożytnego Wschodu, kiedy jak nigdy dotąd odczułem sens donisłego faktu, że w życiu, które pulsowało niegdyś na ulicach tych dawno już nieistniejących miast, człowiek po raz pierwszy wzniósł się z poziomu zdobywania zasobów materialnych do wizji społecznego idealizmu, tak żywotnego, że nadal stanowi potęgę dla nas – ludzi budujących cywilizację zachodnią w świetle wielkich prawd, które wciąż emanują ze Wschodu.

Zwrot „niepokonana żywotność ludzkiej duszy” sugeruje znacznie więcej niż wyrazić mogą same słowa, ale mogę zapewnić czytelnika, że reprezentują one rzeczywistość, niepodważalny fakt ludzkiego życia, zarówno przeszłego, jak i teraźniejszego, fakt, do którego nie odnoszą się ludzie tacy jak Oswald Spengler i wszyscy inni pesymiści, ponieważ wydają się go całkowicie nieświadomi. Jest to rzecz tak wyraźnie obecna w duszy człowieka, jak krążenie krwi w jego ciele fizycznym. Jaka inna siła mogłaby stanowić siłę napędową tej niesamowitej transformacji ze stanu dzikości do charakteru, której początki prześledziliśmy? Co przywiodło człowieka od czysto materialnych zdobyczy do rozpoznania wewnętrznej wizji i jej niedpartego uroku?

Filozof, jakim jest Bergson, głosi coś, co nazywa elan vital; ale ja nie zajmuję się koncepcjami filozoficznymi, bo nie jestem filozofem. Mówię o historii człowieka i czymś, co zwłaszcza na wcześniejszych etapach, jawi się niewątpliwie jako siła widoczna i działająca od kilkuset tysięcy lat, która, jak sądzę, nadal działa. Nikt nie potrafi jej zdefiniować ani powiedzieć, czym jest, ale podobnie jak w przypadku siły grawitacji, możemy obserwować jej działanie. Umyślnie używam czasu teraźniejszego: wystarczy rozejrzeć się wokół w warunkach tego kryzysu, który osiągnął swój punkt kulminacyjny w 1933 roku, aby zdać sobie sprawę, że historyczna żywotność ludzkiej duszy ciągle nam towarzyszy.

Od tego mrocznego i odległego dnia, kiedy istota ludzka wytworzyła pierwsze narzędzie krzemienne, poprzez wszystkie wieki aż do teraz, gdy człowiek opasuje kulę ziemską siecią radiową lub planuje unicestwienie całych miast za pomocą trujących bomb gazowych z nieba, bieg życia ludzkiego był przeważnie cyklem materialnych osiągnięć. Trwał on przez kilkaset tysięcy lat i trwa nadal. Ale niejako przed momentem, w oparach absorbującego konfliktu nasz ojciec-Praczłowiek zaczął po trochu dostrzegać zawoalowaną chwałę wizji moralnej i słyszeć nowy głos dobiegający z wewnątrz, będący odpowiedzią na tysiące starych i nowych podszeptów. Był on przeniknięty miłością do domu, żony i dzieci, miłością do przyjaciół, sąsiadów, miłością do biednych, samotnych i uciśnionych, miłością do kraju i szacunkiem dla Władcy; i wszystkie te nowe uczucia mieszały się ze znacznie starszą czcią, miłością do chmur i szczytów wzgórz, do lasów i strumieni, do ziemi, morza i nieba, a także do okrywającej ziemię zieleni, która co roku rozkwitała życiem i pożywieniem dla jego dzieci.

Tak oto dawni bogowie natury zostali przesunięci do nowego świata sił społecznych i w ten oto sposób zlali się w jedno z bogiem ludzkich potrzeb i aspiracji, Uniwersalnym Ojcem, w którym ludzie zaczęli dostrzegać wszystkie najwyższe wartości, jakie objawiło im ich własne doświadczenie społeczne.

Taka przeszłość umożliwiła akumulację bezcennego trzonu ludzkich doświadczeń, a wydłużająca się linia postępu ludzkości zatwierdziła go jako nadal posiadający cenne elementy siły, których zaniedbanie jako czynników odgrywających rolę w naszym współczesnym życiu byłoby fatalne w skutkach. W swojej znakomitej książce A Preface to Morals Walter Lippmann[8] z wielką wnikliwością omówił rozpadające się podstawy moralnego autorytetu. W takiej sytuacji wierzę, że w kontemplowaniu prapoczątków najpiękniejszych rzeczy ludzkiego życia kryje się moralna siła. Najcenniejsza własność ludzkiej duszy, niezłomny cel zachowania świadomości prawości i dążenie ku nowym zdobyczom charakteru – to rzeczy nie tylko głęboko zakorzenione w ludzkim doświadczeniu, ale także wkraczające w życie człowieka jako nowe wartości z zakresu jego doświadczeń, których moc oddziaływania na społeczeństwo nie została wyczerpana. Zachowane dokumenty są historycznym dowodem na to, że to, co długo nazywano „moralną świadomością ludzkości” wyrastało w kolejnych pokoleniach z dyscypliny i emocji życia rodzinnego, uzupełnionych refleksją i nauczaniem doświadczonych starszych członków rodziny. Najwyższe wartości, które tkwią w ludzkiej duszy pojawiły się zatem jako fakt historyczny pod wpływem działania tych łagodnych i uszlachetniających wpływów, którym jesteśmy nieustannie poddawani w naszym życiu rodzinnym. Nigdy się nie dowiemy, czy na początku znajdowały się one gdziekolwiek indziej w tym rozległym wszechświecie; ale nie występowały na naszym globie, dopóki nie ukształtowało ich życie ojca, matki i dzieci. To słońce i atomosfera najwcześniejszych ludzkich domostw stworzyły ideały postępowania i ujawniły piękno bezinteresowności.

Bertrand Russell w swojej najnowszej książce pochwalającej komunizm[9] mówi nam, że najważniejszą zmianą, jaką komunizm wprowadza, jest zniesienie rodziny i całkowite odrzucenie ludzkiego doświadczenia, i za tym się opowiada. Pomimo buntu nowego pokolenia, ludzkie doświadczenie nie może być unicestwione a cechy, które w nas wytworzyło nie mogą zostać wymazane ani zignorowane. Dzisiejsza młodzież istotnie zbuntowała się przeciwko władzy, czy to Kościoła, czy uprawnieniom Pisma Świętego. Odwoływanie się do autorytetu zawsze wiąże się ze sprzeciwem, zwłaszcza w umysłach młodzieży. Ale ludzka przeszłość oświetla nas z góry i nie ma potrzeby powoływania się na autorytet. Jeśli jacyś młodzi ludzie zajmą się tą książką, błagam ich jedynie, by zastanowili się nad faktami z obszaru ludzkiego doświadczenia, które ukazały nam się teraz w pełniejszej niż kiedykolwiek wcześniej mierze. Istnieją inne źródła poza deklaracjami Pisma Świętego czy wypowiedziami Kościoła. Ludzie tacy jak William Morris i Walt Whitman kochali i szanowali życie człowieka na ziemi i znajdowali inspirację i przewodnictwo duchowe w kontemplowaniu więzi. Istnieje jedna najważniejsza więź międzyludzka, która stworzyła dom i uczyniła ognisko domowe źródłem, z którego wyrosły najszlachetniejsze cechy człowieka mające wpływ na zmianę sytuacji na świecie. Fakty historyczne są takie, że to życiu rodzinnemu zawdzięczamy więcej niż może pojąć ludzki umysł. Echa naszej własnej przeszłości od niepamiętnych czasów obligują nas wyraźnie, by czcić, pielęgnować i zachowywać tę relację, której życie człowieka tak wiele zawdzięcza.

 

V. SIŁA I MORALNOŚĆ

 

W wyniku wielkiej przemiany życie człowieka na ziemi stało się walką między nowymi ideałami bezinteresowności, które powstały tak niedawno, a głęboko zakorzenioną żądzą władzy, starą jak sama ludzka rasa. Odwieczne zamiłowanie człowieka do władzy jest znacznie starsze niż Wiek Charakteru i do tej pory tak brawurowo zwyciężało nad nowo narodzonymi sumieniem i charakterem, że stanęliśmy przed poważną kwestią przetrwania cywilizacji. Sir Alfred Ewing w swojej mowie wygłoszonej w Brytyjskim Towarzystwie Rozwoju Nauki (Bristish Association for the Advancement of Science) tak oto podsumował obecną sytuację człowieka: „Oddano mu w ręce kierowanie naturą, zanim jeszcze dowiedział się, jak kierować samym sobą”[10].

Jestem głęboko przekonany, że wizja Nowej Przeszłości może wpłynąć na postępowanie jednostki. Można poważnie powątpiewać, czy narody lub ludzkość jako całość, uświadomiwszy ją sobie, dostrzegą prawdziwie potężny wpływ, jaki mogłaby wywrzeć na wygaszenie nienawiści pomiędzy narodami lub jeszcze lepiej, na budowanie międzynarodowych uczuć braterstwa i wspaniałomyślnego szacunku. H.G. Wells był wielce optymistyczny w swoich wypowiedziach na ten temat i chciałbym móc podzielać jego optymizm; ale spędziwszy wiele lat na niemal codziennym kontemplowaniu pomników ludzkiej siły, odniosłem wrażenia, które niełatwo mi rozwiać.

Obserwowaliśmy rozwój wczesnych cech ludzkiej duszy a szczególnie pojawienia się wyższych wartości. Ale moglibyśmy przywołać mnóstwo starożytnych zabytków, które ujawniłyby drugą stronę obrazu, a zwłaszcza najgroźniejszą siłę przeciwną – pragnienie władzy przez człowieka, rosnące w miarę postępowania organizacji narodowej, aż do chwili, gdy maszyneria ludzkiego rządu nie stała się zorganizowanym wyrazem tego pragnienia – apetytu na użycie siły.

Wędrując przez lata po starożytnych ziemiach Bliskiego Wschodu, byłem pod wrażeniem niezwykłego faktu: niewzruszone zabytki, które przetrwały na tych wszystkich starożytnych ziemiach, były przede wszystkim wyrazem siły człowieka. To tak, jak gdyby jego walka z siłami natury, walka, która trwa od okoła miliona lat, wpoiła mu przekorne przeświadczenie, że może wygrać tylko stawiając czoła przeciwnym siłom świata przyrody, które na każdym kroku rzucały mu wyzwanie. Z tą samą postawą nieustępliwej siły zmierzył się on ze swoimi ludzkimi braćmi, gdy rozgorzała w końcu długa walka o supremację pomiędzy najwcześniejszymi narodami. Dzisiaj, udając się do jednej z odludnych dolin na Synaju, możesz nagle napotkać naprzeciw siebie wysoką postać egipskiego faraona wyrzeźbioną  na powierzchni ściany skalnej. Stoi tam od trzydziestego czwartego wieku przed Chrystusem, najstarszy zabytek historyczny na świecie. Z podniesioną bronią zamierza się na azjatyckiego jeńca, którego rzucił przed sobą na kolana, by zmiażdżyć mu czaszkę. Pomnik brutalnej siły, deklaracja własności na mocy prawa podboju w władczy sposób informująca Azjatów, że król Egiptu przebył drogę z Afryki do Azji i zawładnął okolicznymi kopalniami miedzi i turkusów. Tutaj zatem, u zarania historycznych zabytków i źródeł pisanych, podbój zasobów naturalnych wyłania się jako podstawowy motyw działań narodowych, a pomnik, który to przedstawia, akcentuje siłę, która od tamtej pory zdominowała historię człowieka.

Tuż po zawieszeniu broni w Europie, gdy trwały jeszcze sporadyczne walki w Azji Zachodniej, maszerowałem w górę Eufratu przez terytoria wrogich plemion arabskich, starając się przedostać do cywlizacji zachodniej. Ekspedycja naszego Instututu Orientalistycznego była pierwszą od wielu miesięcy zachodnią grupą, która podjęła próbę przekroczenia opanowanej przez bandytów pustyni z Bagdadu do Morza Śródziemnego. Siódmego dnia po opuszczeniu Bagdadu dotarliśmy do ogromnej fortecy nad środkowym Eufratem, zwanej przez współczesnych tubylców As-Salihijja. Jej starożytna nazwa była jeszcze wówczas niezidentyfikowana, a gdy wkroczyliśmy w obręb jej kolosalnych murów, zza rogu wyrosła przed nami wysoka ściana pokryta imponującym wielokolorowym malowidłem przedstawiającym grupę jedenastu osób naturalnej wielkości w nabożnym skupieniu pochłoniętych oddawaniem czci. Staliśmy, wpatrując się ze zdziwieniem w te cudowne postaci, które spoglądały na nas z powagą, tak nagle odkryte, jak gdyby wyczarowane za pomocą magii z cichych bezdroży pustyni, która rozciągała się daleko pod nami. Zostały odsłonięte kilka dni wcześniej przez brytyjskie wojska wschodnioindyjskie okopujące się przeciwko hordom worgich plemion arabskich. Następnego dnia przy pomocy tych samych oddziałów wschodnioindyjskich ochoczo odsłoniliśmy kilka innych ścian. Na jednej z nich, w miarę powolnego usuwania zalegającego na niej gruzu, ukazała się nam stopniowo grupa rzymskich żołnierzy z dowódcą – stojącym na ich czele trybunem. Jego imię, Julius Terentius, widniało na ścianie przed jego postacią. Prowadził w oficjalnym pochodzie swój garnizon rzymskich legionistów, który zajmował niegdyś tę opuszczoną pustynną twierdzę, położoną daleko poza ostatecznie ustanowioną na Eufracie wschodnią granicą Cesarstwa Rzymskiego. Grecka inskrypcja na malowidle odnotowywała także starożytną nazwę tego zaginionego miasta. Nazywało się Dura i znaleźliśmy tu najbardziej wysuniętą na wschód reprezentację rzymskich żołnierzy, jaką kiedykolwiek odkryto[11].

Była to imponująca chwila, gdy uświadomiłem sobie, że tam, w sercu syryjskiej pustyni, prawie trzysta mil na wschód od Morza Śródziemnego, patrzyłem na najbardziej wysunięte na wschód siły ogromnej machiny wojskowej, która rozciągała się na zachód, wzdłuż zachodniej Azji i całej Europy, do wybrzeży Atlantyku i Wysp Brytyjskich ponad trzy tysiące mil stąd. Mój umysł powędrował daleko przez pustynię ku wielkiej figurze faraona na skalnej ścianie w samotnej dolinie na Synaju, gdzie pojawiły się pierwsze pomniki tej siły. Następnie, po ponad czterech tysiącach lat następowania po sobie narodów i wypierania jednego imperium przez drugie siła ta osiągnęła swój punkt kulminacyjny w olbrzymim Imperium Rzymskim rozciągającym się od Atlantyku do Eufratu. „Ekscytacja” to bardzo wyświechtane słowo, ale w moim spojrzeniu było wystarczająco dużo dreszczy ekscytacji na widok tej niezwykłej manifestacji rzymskiej supremacji, gdy kontemplowałem na ścianie szkarłatny sztandar rzymskiego legionu niesiony przez chorążego na czele oddziałów utrzymujących przed tyloma laty majestat rzymskiej potęgi militarnej na bezdrożach pustyni nad brzegami odległego Eufratu. Jak wspominałem, niemal cztery tysiące lat dzieliło tych Rzymian znad Eufratu od samotnego pomnika faraona pośród kopalni miedzi na Synaju. Pod koniec tych czterech tysiącleci siła była nadal zewnętrznie najwyższą wartością w rozwijającym się życiu człowieka.

Kilka tygodni później siedziałem z Sir Herbertem Samuelsem, pierwszym brytyjskim gubernatorem Palestyny, w pięknych ogrodach rezydencji brytyjskiej na Górze Oliwnej. Za nami, w kierunku zachodzącego słońca, rozciągała się Jerozolima, Święte Miasto, podczas gdy przed nami znajdował się olbrzymi ryft Doliny Jordanu i Morza Martwego, a za nimi błękitno-purpurowe góry Moabu. Głębia tej potężnej rozpościerającej się przed nami przepaści została niedawno wyraziście zilustrowana w opowieści, którą usłyszałem od lorda Allenbiego o jego kampanii w Palestynie. Pewnego dnia wysłał on depeszę do Urzędu Wojennego, która brzmiała następująco:

Dziś rano nasze bombowce lecące sześćset stóp pod powierzchnią morza ostrzelały pozycje tureckie w Dolinie Jordanu.

Siedemset stóp poniżej tych samolotów znajdowało się ujście Jordanu i powierzchnia Morza Martwego. Oznacza to, że powierzchnia Morza Martwego jest położona tysiąc trzysta stóp poniżej poziomu morza, a jego dno tysiąc trzysta stóp poniżej powierzchni jego słonych wód. Zatem z dnem znajdującym się dwa tysiące sześćset stóp poniżej poziomu morza jest to najniższy punkt na powierzchni ziemi, a piętrzące się nad nim góry wokół Jerozolimy wznoszą się w takiej samej odległości nad poziomem morza, w jakiej pod poziomem morza znajduje się jego dno. Różnica wynosi ponad pięć tysięcy stóp, niemal dokładnie milę. Oglądana ze szczytu Góry Oliwnej sceneria jest przerażającym obrazem straszliwych sił, które ją stworzyły, jak gdyby jakaś olbrzymia ręka, wbijając swoje tytyniczne palce, rozdarła skorupę ziemską na dwoje i pozostawiła przepaść o głębokości jednej mili. Gdy Sir Herbert i ja siedzieliśmy kontemplując tę scenę, wydawało nam się, że jest to prawdopodobnie najbardziej przerażająca demonstracja siły naturalnej, jaką mogły oglądać oczy człowieka. Gdy przepaść została wydarta nie było jeszcze ludzi, a kiedy człowiek się pojawił, gdziekolwiek się obrócił, napotykał podobne siły. Dzięki ich działaniu ziemska historia toczyła się dalej, a echa niektórych z jej okropności odnajdujemy w historii o Sodomie i Gomorze. To właśnie w tego rodzaju straszliwych widowiskach pierwsi ludzie upatrywali swoich bogów. W personifikacji sił wulkanicznych, na które patrzyliśmy z góry, Hebrajczycy rozpoznali najwcześniejszego boga Izraela na długo przed tym, zanim nasycili jego przerażającą siłę cechami ludzkiej przyjazności. Następnie spojrzeliśmy zaledwie kilka mil na północ i ujrzeliśmy małą wioskę – wtuloną w zbocza smukłych wzgórz judzkich, spoglądających w dół w tą straszną przepaść – która była miejscem narodzin i domem hebrajskiego proroka Jeremiasza. Całe swoje życie patrzył w dół na tę samą ogromną panoramę bezlitosnej siły naturalnych procesów, a jednak był świadom świata sił wewnętrznych, które uważał za niezniszczalne, gdy charakteryzował swojego Boga słowami: „Umieszczę swe prawo w głębi ich jestestwa i wypiszę na ich sercu (Ks. Jer. 31:33).

Scena była urealnieniem faktu, że na starożytnym Bliskim Wschodzie rzeczywiście jakimś sposobem dokonało się zdumiewające przejście od świata sił czysto naturalnych do świata niezniszczalnych ludzkich wartości. Potem, gdy siedząc i patrząc na małą wioskę Jeremiasza, skierowaliśmy spojrzenia na południowy wschód poprzez jałowe wzgórza Judei, za którymi leżała dolina Nilu, dom pierwszych ludzi, którzy poczuli moc ideałów postępowania –  zapoczątkowujących wielką przemianę – przypomnieliśmy sobie, że dwa tysiące lat przed narodzinami Jeremiasza egipscy mędrcy społeczni jako pierwsi ludzie rozpoznali wartość charakteru i wewnętrznych właściwości ludzkiego serca; i że ich pisma przedostały się do Palestyny i zaowocowały w dojrzałej formie w życiu Hebrajczyków. W ten sposób hebrajscy prorocy pobudzeni wizją społeczną, jaka powstała nad Nilem, stali się latarnią morską dla całego świata. Stopniowo zaczęliśmy dostrzegać szerszy zakres wielowiekowego rozmachu całego tego ludzkiego dramatu, który wywiązał się na tych starożytnych ziemiach Bliskiego Wschodu.

Pamiętam ten wspaniały moment, gdy innego dnia znów spojrzałem ze szczytu wzgórza Armagedon na północ, poprzez jego spiętrzenia, na wyżyny Galilei. Tam, wśród wzgórz Nazaretu, mały Jezus musiał często spoglądać z góry na pole bitwy toczącej się na przestrzeni wieków. Cienie chmur pełzły powoli poprzez te mgliste wzgórza ooddalone o zaledwie osiem mil. Z rumowiska u moich stóp uprzątanego w ramach prowadzonych przez nas wykopalisk, wyzierały blanki Armagedonu dominujące nad tą historyczną równiną. Miasto-fortcea, pomnik naszej ludzkiej potęgi, musiało być widoczne ze wzgórz Nazaretu. Przez całe wieki panowania tej potęgi oglądano sceny podboju i rozlewu krwi na znajdującej się poniżej równinie – wieki, w ciągu których najwyższymi bogami były bóstwa przemocy i mordu, rozkosz dla tak zaciekłych proroków jak Eliasz; a następnie, gdy pochodzące znad Nilu ideały ludzkiego postępownia przyćmiły powoli tych krwawych bogów, pośród wzgórz Nazaretu narodził się Bóg braterskiej dobroci – wizja syna żydowskiego cieśli, którego maleńka galilejska wioska leży tuż za czołem północnych wzgórz tak wyraźnie widocznych z blanków Armagedonu. Jak Jeremiasz, który spoglądając ze swojej małej wioski na tytanicznie siły natury, wytrwał przy swojej wierze w wewnętrzne wartości, tak i młody prorok z Nazaretu, który dorastał, mając codziennie przed oczami tradycyjny widok brutalnych sił ludzkiej potęgi, trzymał się pomimo tego swojej własnej wizji nowego królestwa. W Palestynie to rzeczywiście najwyższa przemiana: od Eliasza do Jezusa, od Karmelu i Armagedonu do Nazaret.

Ale palestyńska kulminacja była procesem późniejszym, spełnieniem możliwym dzięki znacznie wcześniejszej transformacji – którą nazwaliśmy „wielką przemianą” – i która wyrwała człowieka z samej walki z naturą i przeniosła na nową arenę walki z samym sobą o własną duszę i nowe wartości wykraczające poza świat materialny, stanowiące substancję nowej rzeczywistości, którą nazywamy charakterem. Widzieliśmy, że siły, dzięki którym dokonała się ta wcześniejsza transformacja, narodziły się w Egipcie i stamtąd przedostały do Palestyny i późniejszego świata. To nie jest zwykły zbieg okoliczności, że hebrajska historia wywodzi pochodzenie hebrajskiego narodu z Egiptu – tradycji, której echa pobrzmiewają w chrześcijańskiej wierze „Z Egiptu wezwałem mojego syna”.

Dzisiaj na ziemiach starożytnego Wschodu także i my spoglądamy na dzieła natury i człowieka, i poprzez wysiłki nowej krucjaty naukowej staramy się odzyskać obie te historie. Ale spostrzegliśmy już wystarczająco wiele, by zrozumieć, że są one jednym: procesy natury i rozwijające się życie człowieka są tylko rozdziałami tej samej wielkiej historii; i że patrząc w dół na przerażającą rozpadlinę Morza Martwego, które tak niemiłosiernie konfrontuje nas z pytaniem profesora Haeckla, możemy znaleźć odpowiedź, której nauki przyrodnicze nie mogą nam udzielić – która przychodzi do nas tylko wtedy, gdy kontemplując doświadczenie człowieka starożytnego Wschodu, uświadamiamy sobie, że kulminacją rozwijającego się wszechświata jest charakter.

Celem tej książki było wykazanie od strony historycznej, że proces ludzkiego postępu, którego wytworem był charakter, jest wciąż nieukończony – nadal trwa. Możliwości jego przyszłego rozwoju są nieskończone, a naszym obowiązkiem jest przydanie ogromnego znaczenia temu nowemu faktowi jako czynnikowi mającemu praktyczny wpływ na nasze własne postępowanie. Czyniąc tak, uzyskujemy pełną świadomość, że nie przekazujemy samych tylko tradycyjnych prawd i odziedziczonych nauk, których nie musimy obdarzać wielką sympatią, ale że tak samo, jak światło charakteru, które zajaśniało kiedyś w ciemności, która go wcześniej nie znała, tak nie ma powodu, by wątpić że światło to będzie się wzmacniać i oświetli sfery istnienia, które wciąż pozostają nieurzeczywistnione w niezgłębionych epokach, ku którym kieruje się – choć ich nie dostrzega – nasza ograniczona wizja.

 

[1] Ralph Waldo Emerson, Polityka, w: Eseje (1844), wszystkie cytaty w przekładzie tłum.

[2] Mind and conduct: Morse lectures delivered at the Union theological seminary in 1919, ed. Henry Rutgers Marshall, Williams and Norgate, London 1919.

[3] Księga Przysłów 22:29.

[4] Ernst Haeckel (1834-1919) – niemiecki biolog, filozof i podróżnik, zwolennik darwinizmu (przyp. tłum.)

[5] H.L. Mencken (1880-1956) – amerykański dziennikarz, krytyk i uczony.

[6] Zob. Thomas Hunt Morgan, The Scientific Basis of Evolution (New York, 1932).

[7] Nawiązanie do alegorycznego dzieła literatury chrześcijańskiej Wędrówka pielgrzyma Johna Bunyana (1678 r., przyp. tłum.).

[8] Nowy Jork, 1929.

[9] Education and the Social Order (London, 1932).

[10] New York Times, wrzesień 25, 1932, artykuł wstępny.

[11] Zob. Oriental Forerunners of Byzantine Painting (University of Chicago Press, 1924). Trwały tu wykopaliska prowadzone przez francusko-amerykańską ekspedycję Academie des Inscriptions i Uniwersytetu w Yale.


BIBLIOTEKA POLSKO-ARABSKA