Fot. Salama Musa

WYCHOWANIE SALAMY MUSY

Rozdział 1

Dzieciństwo i lata chłopięce

SALAMA MUSA

2022-04-29 09:00

Wiek XIX oglądałem przez pryzmat dzieciństwa jako wiek bez oszustw, nieskażony wynalazkami wieku XX. Nie może tego powiedzieć żaden Europejczyk, gdyż w Europie końca XIX wieku przejawy XX wieku były wyraźne. W Egipcie natomiast było odwrotnie, dziedzictwo wieku XIX, a nawet kilku poprzedzających je stuleci, pozostało związane z początkiem naszego i w 1947 roku nadal widzimy je jako najciężej doskwierające klasom najuboższym. Nie chodzi tylko o warunki socjalne, choć panująca bieda jest upokarzająca, ale także o duszę, gdyż panuje zadowolenie z podziału dóbr, wiara w przesądy i akceptacja systemów feudalnych jako rzeczy naturalnej dla naszego społeczeństwa.

Tak! Jechałem na ośle ze stacji w Kairze do dzielnicy Abdin i codziennie widywałem bawoły udające się z farmy do naszego domu w Az-Zakazik, żeby mogły zostać wydojone, a potem wyruszające w drogę powrotną. Siostra pobiła mnie za zwracanie się do niej po imieniu na ulicy, ponieważ zgodnie z panującym zwyczajem imiona dziewcząt nie powinny być upubliczniane. Mieszkałem w Az-Zakazik, gdy nie znano jeszcze lamp; nawet odwiedzając naszych krewnych nosiliśmy ze sobą latarnie, które wytyczały nam drogę w ciemności ulic. Widziałem przestępcę powieszonego na placu w Az-Zakazik i przez prawie rok samo jego imię przyprawiało mnie o dreszcze. Nazywał się Sajjid Ahlihi. Nie mogłem zasnąć, nie przytuliwszy się do matki, a do łazienki chodziłem tylko w asyście służącego, bo obraz szubienicy pozostał żywy w mojej małej wyobraźni. Nierzadko zdarzało się, że nie odczuwaliśmy żadnego wyrzutu ani winy, gdy my jechaliśmy na ośle, a fellah przez prawie godzinę biegł za nami, przy czym obaj dyszeli.

Mieliśmy w Az-Zakazik dom „Kora”, który mógł pomieścić na swoim dziedzińcu – zwróconym ku niebu i skąpanym w promieniach słońca – osła albo muła. Te zwierzęta pociągowe były rodzinnymi środkami transportu zgodnie z dziewiętnastowiecznym zwyczajem. Być może zapalenie spojówek, na które cierpiałem w dzieciństwie, było spowodowane ich odchodami.

Fot. Transport na stacji kolejowej Bab al-Hadid w Kairze (dzisiejszy plac Ramsis) | 1903

Az-Zakazik to nowe miasto, którego historia sięga nie więcej niż osiemdziesięciu lat. Z tego powodu wszystkie tutejsze rodziny wywodzą się z innych miast. To samo dotyczy mojej rodziny, która pochodzi z wioski Al-Bajjadijja w prowincji Asjut. Opuściliśmy ją przed około 140 laty, czyli pod koniec panowania francuskiego i na początku panowania Muhammada Alego. Nasza rodzina była znana w dystrykcie Asz-Szarkijja pod nazwiskiem „Al-Afi”, które wciąż występuje w Al-Bajjadiji, pomimo tego, iż upłynęło blisko półtora wieku od naszego odejścia. Główna gałąź rodziny i jej odnogi żyją w zgodzie. Ale rodziny Al-Afich z Al-Bajadiji i z Asz-Szarkiji nie utrzymują bliższej znajomości. Nie odwiedziliśmy tej wioski od 140 lat.

Nie znamy szczegółów odnośnie tego, z jakiego powodu nasza obecna gałąź rodziny z Asz-Szarkiji porzuciła swoją wioskę w Górnym Egipcie, ale prawdopodobne jest następujące wyjaśnienie: kiedy Napoleon najechał na Egipt pod koniec XVIII wieku, nastąpiło odrodzenie Koptów. Egipcjanie, zarówno muzułmanie, jak i chrześcijanie, nie odczuwali „świadomości narodowej” tak jak my odczuwamy ją w naszych czasach – jej miejsce zajmowała „świadomość religijna”. Koptowie cieszyli się z wkroczenia Napoleona. Mogli nareszcie zmienić ubiór, opuścić swoje wioski w Górnym Egipcie i udać się do Kairu i innych miast Dolnego Egiptu. Do tego czasu nosili czarne turbany i inne charakterystyczne dla nich stroje, do których zakładania zmuszani byli od wieków ciemnych. To specjalne odzienie uniemożliwiało im podróżowanie po kraju i odwiedzanie innych miast. Po przybyciu Napoleona zdjęli je i przywdzieli stroje egipskie typowe dla ich muzułmańskich braci. W ten sposób mogli się przemieszczać. Uważam to za główny powód, dla którego mój pradziadek wywędrował z Al-Bajjadiji do Kairu, a następnie z wioski Al-Karkara w okręgu Minja al-Kamh do Az-Zakazik.

To wytłumaczenie zgodne jest z relacją Al-Dżabartiego na temat wydarzeń 1233 roku hidżry:

Grupie koptyjskich i ormiańskich innowierców nakazano, by ubierali się w niebieskie i czarne stroje i nie nosili białych turbanów, ponieważ we wszystkim przekraczali umiar. Zakładają kolorowe i drogie szale z kaszmiru. Jeżdżą na wierzchowcach, mułach i koniach domowych, a służący odpędzają przed nimi i za nimi ludzi z drogi. Każdy, kto ich widzi, musi pomyśleć, że stanowią elitę. Noszą broń, a pewna ich grupa wychodzi na puste pole, gdzie organizuje się dla nich strzelnice i strzelają z broni nabojami itp. Byłby to dobry nakaz, gdyby został utrzymany.

Ale nakaz nie został utrzymany, jak pragnął tego uczony Al-Azharu Al-Dżabarti. Wygląda na to, że Koptowie i Ormianie poprzez francuskich i włoskich konsulów przebłagali Muhammada Alego, który zniósł tę dyskryminację. Dlatego Koptowie mogli mieszać się z resztą ludzi i dowolnie przemieszczać. Jasnym jest, że poprzednie stroje, które nosili od czasu Al-Hakima bi-Amra Allaha (kalif fatymidzki 985-1021, przyp. tłum.) zatrzymywały ich w wioskach; gdyby przenieśli się do innego miasta, byliby narażeni co najmniej na kpiny i szyderstwo, jeśli nie na coś gorszego.

W ten oto sposób mój pradziadek opuścił wioskę Al-Bajjadijja około 1800-1810 roku w białym turbanie i było to jedno z ważniejszych zwycięstw XIX wieku nad wiekami poprzednimi.

Fot. Stacja kolejowa w Az-Zakazik | 1912

Wszyscy członkowie naszej rodziny są – według schematu usposobienia Kretschmera – introwertyczni; odznaczają się pociągłymi twarzami, szczupłą sylwetką i cechuje ich samotnictwo czy też niechęć do życia towarzyskiego. Czasami to usposobienie przybiera wymiar ektrawagancji do tego stopnia, że znam osoby w rodzinie Al-Afich, którzy żyli jak mnisi stroniący od ludzi i żaden z nich nie brał udziału w weselach czy pogrzebach, chyba że pod presją – a nawet ona mogła na nic się zdać. Ale taka ekcentryczność była oczywiście rzadkością.

Mój ojciec zmarł, gdy miałem dwa lata. Dlatego dorastałem w domu, w którym nie bywali żadni goście poza wujami i ciotkami. Ta okoliczność sprawiła, że moje wyobcowanie spotęgowało introwertyczny temperament, który odziedziczyłem, a następnie stało się zarówno moją wadą, jak i zaletą. Potrafię przez rok lub dwa nie zachodzić do kawiarni, do tej pory nie opanowałem prostych gier towarzyskich, jak gra w karty i inne rozrywki, nie umiem także palić. Wciąż ze wstydem i niechęcią uciekam przed skupiskami ludzi i chociaż dobrze piszę, nie jestem biegłym mówcą, ponieważ to pierwsze wykonuje się w samotności, a drugie wymaga towarzystwa. Wiele potem wycierpiałem w życiu z powodu tego społecznego deficytu. Jednakże to właśnie mojej introwersji zawdzięczam sposobność przesiadywania sam na sam w bibliotece, która otworzyła przede mną szerokie horyzonty, dostarczyła niebiańskich rozkoszy i zaszczepiła we mnie wzniosłą religię człowieczeństwa.

Pierwsze wspomnienia, jakie przychodzą mi do głowy z czasów dzieciństwa, to obraz mojej matki siedzącej na łóżku i modlącej się za mnie, gdy byłem chory. Nie wiem, jak się nazywała ta choroba, która trzymała mnie w łóżku przez około rok lub dwa. Najprawdopodobniej zapadłem na nią, gdy miałem pięć lub sześć lat i być może była to malaria, bo Az-Zakazik było w tym czasie pełne stawów. Gdy byłem już prawie zdrowy, nasz służący Atijja zaniósł mnie do mauzoleum muzułmańskiego świętego Abu Amira, które wciąż znajduje się w pobliżu Az-Zakazik. Kupił świece, złożył jałmużnę, obszedł ze mną budynek, dotykając go nabożnie i kilkakrotnie wyrecytował Al-Fatihę, trzymając mnie na ręku. Atijja był do mnie przywiązany i zaniedbywał sprawy domowe tylko po to, by móc posiedzieć przy mnie i pobawić się ze mną, gdy chorowałem. Został w naszym domu przez kolejne dziesięć lat. Jego miłość do mnie była naiwna i przytłaczająca. Karmił mnie do momentu, gdy nie mogłem już więcej przełknąć – to była dla niego oznaka sytości. Opuścił nas dopiero wówczas, gdy nabył jeden feddan ziemi – wolał uprawę roli od służby w domu.

Fot. Zakonnice ze szkoły Notre Dame Des Apotres przemierzające jeden ze stawów w Az-Zakazik | pocz. XX w.

Pamiętam z tych lat, czyli z okresu pomiędzy 1895-1898 rokiem, że w Az-Zakazik wybuchła epidemia cholery. Trumny, za którymi podążały zaledwie dwie lub trzy osoby, wynoszone były  jedna po drugiej. Ludzi ogarnęła panika. Ale ta seria śmierci była również przedmiotem żartów. My, chłopcy, byliśmy rozbawieni najbardziej. Chodziliśmy małymi grupkami i na każdy okrzyk przerażonych śmiercią kobiet reagowaliśmy radosnym „hurrra!”. Następnie gromadziliśmy się przed domem, by móc obserwować ostatnie – pospieszne i skrócone – rytuały.

Tak się złożyło, że epidemia dotknęła także domy niektórych chłopców z naszej grupy, którzy od nas odeszli. Ale nie mieliśmy do nich żalu za tę ostentację. Nie zdawali sobie sprawy z tragedii i szybko wracali jeszcze przed zakończeniem pogrzebu. Mam tu na myśli krzyk zgromadzonych w domu kobiet. Bo jeśli chodzi o stawianie namiotów pogrzebowych, nie było na to czasu ze względu na dużą liczbę zgonów.

Fot, Az-Zakazik, ul. Al-Abbasa (dzisiejsza ul. Pocztowa) | 1906

Wstąpiłem do kuttaby – nowinka, jaką były szkoły, nie dotarła jeszcze do Az-Zakazik. Nie pamiętam jak długo nie potrafiłem czytać. Celem arifa (arab. pomocnik nauczyciela w kuttabie) było nauczenie mnie na pamięć niektórych modlitw, więc kiedy nauczyłem się modlitwy do Maryi Dziewicy „Wielbimy Ciebie, Matko Światłości”, bakałarz odprowadził mnie do domu, zasiadł przed moją matką, a ja zacząłem recytować. Wtedy matka wręczyła mu funta.

W Az-Zakazik powołano Towarzystwo Charytatywne Koptów, którego pierwszą inicjatywą było założenie szkoły „nowoczesnej”, czyli takiej, w której były drewniane ławki i nauczyciele w strojach europejskich. Przenieśliśmy się do niej z kuttaby i zaczęliśmy uczyć się i studiować na poważnie. Potem pojawiła się szkoła typu „Al-Amirijja” (szkoła państwowa), do której wstąpiliśmy. Jej uczniowie nosili galabijje do czasu, gdy około 1899 roku odwiedził ją chedyw Abbas. Poproszono nas wówczas o włożenie strojów europejskich. Szkoła zebrała od każdego ucznia po 25 lub 30 piastrów na zakup białego mundurka dla każdego z nas i podczas wizyty wystąpiliśmy w tych jaskrawobiałych strojach. Nie wróciliśmy już potem do noszenia galabij.

Żaden Egipcjanin uczęszczający w latach 1900-1920 do egipskich szkół podstawowych i średnich typu Al-Amirijja, nie mógł powiedzieć, że był zadowolony z życia szkolnego. Te szkoły były koszarami. Jedyne, na co zwracano uwagę, to porządek, a więc posłuszeństwo. Nie zaznaliśmy ducha demokracji, który przepełniał w owych latach instytucje edukacyjne. Nie istniała także żadna poufałość pomiędzy nauczycielem a uczniem. Te cechy były bardziej nasilone w szkołach średnich niż w podstawówkach. Do tego stopnia, że po upływie roku uczniowie nie znali nazwiska nauczyciela angielskiego, który okazywał arogancję milczeniem, jeszcze zanim przemówił. Bezzwłocznie wymierzał karę za okazanie najmniejszego braku szacunku ze strony ucznia. Zwyczajową karą było pozbawianie ucznia obiadu. Podawano mu do zjedzenia kromkę chleba i musiał stać przy stole obok swoich kolegów, którzy siedzieli. Nie sądzę, że przy wymierzaniu tej kary nauczycielem kierowało coś więcej poza chęcią wywołania upokorzenia i zażenowania.

Edukacja w szkołach podstawowych była mniej upokarzająca, ponieważ nauczycielami byli Egipcjanie, ale nawet w tym wypadku wiek XIX obnażył przed nami formy nacisku i bezhołowia. Czasami nauczyciel stosował metody karania, które narażały nas na nienawiść i antagonizmy; jeśli na przykład ktoś z nas popełnił błąd, inny musiał go poprawić i uderzyć w policzek. A jeśli ten, który uderzał okazywał współczucie i wymierzał karę tylko w sposób formalny, nauczyciel przywoływał go i kazał mu uderzyć mocniej, więc gdy wychodziliśmy z lekcji na przerwę, pokrzywdzony napadał bijącego i mścił się na nim.

Wakacje, które spędzaliśmy na wsi, dostarczały nam wiele radości. Wciąż odznaczają się w mojej pamięci jako najpiękniejsze i najjaśniejsze z moich wspomnień. Na wsi zdobyłem wiele doświadczeń, których nie zakosztowują dzieci z miast. Nasza wioska znajdowała się około godziny drogi na ośle od Az-Zakazik. Bawiliśmy się z dziećmi farmerów do wczesnych godzin porannych. Czasami kradliśmy ogórki i arbuzy z pola. Wciąż mam w pamięci niektóre z naszych wybryków.

Fot. Jedna z wiosek w prowincji Asz-Szarkijja | ok. 1897

Pewnego razu wspiąłem się na drzewo, na szczycie którego znajdowało się gniazdo. Gdy do niego dotarłem, znałazłem dwa pisklęta wrony, więc chwyciłem je i zacząłem schodzić. Ale gdy tylko się oddaliłem, na moją głowę i twarz posypał się grad bolesnych uderzeń i okropnych ugryzień. Straciłem w tym zamęcie rozum. Nie zauważyłem, że burzę wznieciła matka piskląt wspomagana przez ich ojca lub wujka. Gdybym się zorientował, zostawiłbym je i zszedł w spokoju. Ale z powodu nadmiernego bólu i przerażenia trwałem w tym transie z zamkniętymi oczami i trzymając pisklęta, zacząłem zsuwać się po omacku po gałęziach, dopóki nie dotknąłem ziemi. Ocknąłem się, otworzyłem oczy i zobaczyłem trzy czy cztery wrony krzyczące i przeklinające mnie po tym, jak mnie pokaleczyły i pokrwawiły mi głowę i twarz.

Innym razem podczas jednej z przechadzek usłyszałem szelest w sitowiu nad brzegiem kanału, a gdy podszedłem, zobaczyłem norę i pomyślałem, że wylądowałem w jakimś gnieździe i zdobędę łup. Włożyłem rękę do środka i napotkałem miękkie ciało. Pociągnąłem za nie i okazało się, że był to wąż.

Ale wieś to nie tylko straszne zagrożenia, ale także uciechy i demokratyczna komitywa, która wywiązała się pomiędzy mną a moimi rówieśnikami: nasze nocne pogawędki i zabawy, kąpiele w kanale, jazda konna, wycieczki na cotygodniowy targ, a do tego nasza wiejska naiwna rzeczywistość – tym wszystkim wypełnione było nasze życie w dzieciństwie. Pochłaniały nas nasze zainteresowania, nie wszystkie były dziecinne; pamiętam, że poród samicy wołu przez kilka dni poruszał mój umysł i serce. Do dziś mam przed oczami jej obraz –  jęczącej, dyszącej i odwracającej się w zakłopotaniu. Staliśmy wokół, współczując jej w bólu. Niektórzy modlili się o jej bezpieczeństwo, jakby była przyjacielem człowieka, dopóki nie wyszedł zataczający się noworodek z szeroko otwartymi oczami. Podpieraliśmy go, a matka lizała go z czułością.

Fot. Jeden z targów w Az-Zakazik | 1900

Świadectwo szkoły podstawowej otrzymałem w 1903 roku. Nie wiem dokładnie, ile miałem lat, ponieważ w tamtych czasach nie obowiązywał surowy wymóg posiadania aktu urodzenia. Ale najprawdopodobniej urodziłem się około 1887 roku i do pierwszej klasy szkoły Al-Amirijja wstąpiłem mając lat jedenaście, czyli w wieku, w którym po latach świadectwo uzyskał mój syn. Mimo to byłem jednym z najmłodszych w klasie, gdyż byli wśród nas i tacy, którzy mieli już po dwadzieścia lat.

Kiedy porównuję to, czego nauczyłem się w szkole podstawowej – łącznie z biciem i innymi karami – z doświadczeniami życiowymi, które nabyłem spontanicznie na wsi, stwierdzam, że wieś nauczyła mnie więcej i przydała mi wiedzy mentalnej i duchowej, którą uznaję za prawdziwą edukację i z której do tej pory korzystam. To na wsi posiadłem tę miłość do natury, która sprawiała, że przez całe życie czułem, że ziemia jest moją matką. Czułem się tu niemal jak ten mnich z „Braci Karamazow” Dostojewskiego, który kładł się na ziemi i ją całował. Święta pasja! Myślę, że to ona jest źródłem, z którego emanowały później moje uczucia religijne, a także nieustanna chęć poznawania świata roślin i zwierząt i zainteresowanie sprawami robotników.

Nasze życie na wsi było higieniczne – chociaż włóczyliśmy się po polach, wchodziliśmy boso do kanałów i kąpaliśmy się w nich, nie chorowaliśmy na bilharcjozę ani tęgoryjca. Było tak, ponieważ gleba nie była przesiąknięta wilgocią jak teraz, po rozpowszechnieniu się projektów irygacyjnych, które przekształciły prawie cały kraj w farmę produkcji bawełny, nie zważając na zdrowie chłopów. Pamiętam, że ziemia podczas dni suchych była spękana. Szerokość tych pęknięć wynosiła ponad kilkanaście centymetrów i sięgała około pół metra w głąb ziemi. W takim środowisku nie mogły przetrwać pasożyty. Chłopi cieszyli się dobrym zdrowiem i mieli krzepkie ciała. Ale Brytyjczycy, którzy kontrolowali wtedy nasz kraj, uznali, że produkcja bawełny jest ważniejsza niż zdrowie fellahów.

Życie religijne w rodzinach koptyjskich było wyraźniej zaakcentowane niż życie społeczne czy obywatelskie. W przeciwieństwie do tego, co widzimy teraz, pamiętam, że Święta Bożego Narodzenia wraz z okresem poprzedzającym je i następującym po nich obchodzone były z wielką pompą. Odliczaliśmy dni i przygotowywaliśmy ubrania, transport i pożywienie. Do naszego domu przychodziła stara kobieta, która spędzała z nami w każde święta około miesiąca. Nie wiem skąd pochodziła, ale pamiętam, że miała na imię Christa. Opowiadała nam wspaniałe bajki i przyrządzała różne rodzaje dekorowanych ciast.

Fot. Kościół koptyjski w Az-Zakazik | ok. 1902

Koptowie odziedziczyli wykładnię wiary w formie, w jakiej  utrwaliła się ona w państwie bizantyjskim pomiędzy IV a VI wiekiem; kult „Dziewicy” był w niej tak bardzo wyeksoponowany, że uzasadniał określanie wiary chrześcijańskiej w Egipcie przez Europejczyków w końcu ubiegłego i początku obecnego stulecia mianem „mariologii”. Ale rozprzestrzenienie się doktryny protestanckiej w Egipcie zmobilizowało Kościół Koptyjski i poruszyło jego chrześcijańskie serce. Wielu Koptów żałuje, że obrządek protestancki rozpowszechnił się w Egipcie, postrzegając ten fakt jako niepotrzebny rozłam. Sądzę jednak, że bez tego nasz Kościół Ortodoksyjny nie rozbudziłby się i nie wyrwał z drzemki trwającej od wielu stuleci.

Kobiety – muzułmanki czy Koptyjki – żyły w ciemności hidżabu i nie mogły towarzyszyć mężczyznom podczas spotkań. Wizyty odbywano lub przyjmowano w osobnym pokoju, kobiety nie brały w nich udziału. Burka była dla nich czymś powszechnym – nie mogły wychodzić nie zakrywszy twarzy. Pamiętam, że moja matka i zamężne siostry nosiły burkę do około 1907 lub 1908 roku, kiedy to ją porzuciły. Podejrzewam, że to również było zainspirowane protestantyzmem, gdyż protestanci byli bardziej przywiązani do ludzi z Zachodu i chętniej naśladowali ich zwyczaje niż my, ortodoksyjni Koptowie.


BIBLIOTEKA POLSK0-ARABSKA